poniedziałek, 20 lipca 2015

Na górze róże...na dole porzeczki:)

To chyba najbardziej wyświechtany  kwiat świata:) Biedna róża z ogrodów zabrana została dosłownie wszędzie. Jest bohaterką kartek okolicznościowych, tatuaży, tapet, torebek, papieru toaletowego, rajstop, porcelany, bielizny, rzeźb z gipsu... ....i już sama nie wiem czego jeszcze. Sama w sobie - królowa. Jako powielany obrazek - niekoniecznie. Osobiście lubię patrzeć na róże w ich naturalnym, np. ogrodowym środowisku, we wnętrzach zaś podobają mi się wyeksponowane jako główny element dekoracyjny w prostym naczyniu - bez dodatków:
 
 
 
 Pamiętam, że gdy po przeprowadzce, usłyszałam, że w tym klimacie i tej okolicy róże mi nie będą rosły ...poczułam bunt. Jak to? To ja się wyprowadzam na wieś i nie będę mogła mieć w ogrodzie róż??? - o czym marzyłam już jako mała dziewczynka?....O NIE ! :):):) No cóż, zawsze tak reaguję, gdy słyszę, że "się nie da". No i oczywiście, że się dało. Owszem, gleba w naszym ogrodzie to głównie kwaśne piaski - no ale zawsze można nawieźć czarnoziemu i zbudować dla róż specjalne podniesione rabaty:) Zbudowaliśmy. Z ogromnych kamieni. Róże pnące rosną przy wejściu na taras - właśnie w rabatach podniesionych kamiennych i mają się całkiem nieźle. Reszta różanej rodzinki rozeszła się po całym ogrodzie.
 
 
 
 

 
 Być może nie mam aż tak pięknych efektów jak TE, no ale widząc ogrody różane pana Bogdana, przynajmniej wiem do czego można dążyć w tym temacie:). W zeszłym roku pokazywałam Wam nowo zbudowane leśne białe biuro. Pisałam również o rabacie przyciągającej np. motylki, która umiejscowiona została pod oknami. Wtedy była w powijakach....TUTAJ widać to dokładnie:) Ale zaledwie rok później... Mamy tu po prostu SZAł kwitnienia:) Wystarczyło kilkanaście miesięcy, by wszystkie rośliny zadomowiły się na dobre.
 






 
 
 
 
 
 
Ogród uczy cierpliwości i tego, że czasami na efekt trzeba po prostu POCZEKAĆ:) Mały krzew różany - kupiony dosłownie z trzema pędami, po roku potrafi zszokować ilością pąków. 
 
Równie cierpliwie czekaliśmy na efekty z warzywniaka. Są:) Nasze domowe życie -  urlopowo wakacyjne i pełne rodzinnych klimatów obfituje w dary natury:) Zrywam, zamrażam, pichcę, wkładam w  słoiki:) Duuuużo tego:) :) Slow food - idea tak mi bliska, jest w naszym domu namacalna każdego dnia.
 
 

 


Zamrażając ostatnio nasz bób i przygotowując przetwory z porzeczek  - pomyślałam sobie o ogromnym rynku produktów ekologicznych, który w błyskawicznym tempie rozwija się w Polsce. To, co dla mnie w dzieciństwie było żywieniową codziennością, co codziennością było też dla naszych rodziców - dziś nazywane jest już ekologią. Nie wiem jak Wy - ale mnie napawa ten stan lekkim przerażeniem... Niedługo okaże się jeszcze, że mamy tu, bezwiednie całkiem, malutkie gospodarstwo ekologiczne:):):):)
 
To jak, kto reflektuje na nasze jabłka "nieidealne" w kształcie, ale prawdziwe? I porzeczki prosto z krzaczka? :)
 
Z różano, porzeczkowymi pozdrowieniami,
wakacyjne dziś macham:)

 

środa, 15 lipca 2015

A po co Ci TO?... czyli o tym dlaczego tak uwiera nas czyjś wysiłek....

Dziś nie dość, że przewrotny tytuł:), to i treść będzie niekoniecznie jednotematyczna. A że będzie jej dużo - więc lepiej zróbcie sobie podwójną kawę:):) 


Teoretycznie popiszemy dziś o warzywniku, jednak przy tej okazji chciałabym poruszyć jeszcze jeden temat, który w ostatnich latach prywatnie mnie uwiera. Ciekawa jestem również Waszego zdania, chętnie usłyszę o Waszych doświadczeniach.

Jest jedno zdanie, na dźwięk którego dostaję rzucawki. Słowo.
Owo zdanie brzmi: A NA CO CI TO?...ewentulanie " CHCE CI SIĘ????- zawsze wypowiadane z nutą lekkiego obrzydzonka. Bo zrobiłam coś - typu warzywnik choćby, co wiąże się z dodatkową pracą.
 
Tak, jestem pracowita. Nawet bardzo. I piszę to bez zbędnej kokieterii - taka po prostu jestem.  Zazwyczaj robię po kilka projektów jednocześnie, w galopującym tempie co prawda, ale udaje mi się łączyć życie zawodowe z obowiązkami mamy i żony. Owszem - bywam bardzo zmęczona. Nikt mnie nie zmusza do działania, nikt mi nic nie każe - mam własną firmę i  jestem takim freekiem:) -  na własne życzenie - BO LUBIĘ. Mało tego - mam czelność na dodatek lubić siebie:). 
Sukcesy okupione tak ciężką pracą tylko mnie jeszcze bardziej motywują. Wiem, że mało ludzi pracuje w takim tempie jak ja i tak mocno angażuje się w swoje obowiązki - bo widzę z kim pracuję na co dzień. ALE, to że inni ludzie nie są tacy jak ja, nie oznacza, że powinnam ich zmuszać  - wprost lub między zdaniami, żeby nagle zechcieli się ze mną zrównywać, prawda? Albo dawać im odczuć, że według moich standardów są leniami?
 
Dlaczego więc ludzie, którym ...nazwijmy to ładnie -  mało co się w życiu chce, z pogardą zadają tego typu pytania tym, którym owszem się chce? Albo inaczej jeszcze - dlaczego Ci, którzy np. dużo podróżują z pogardą odnoszą się do tych, którzy wolą domowe pielesze? Albo - Ci którzy pracują w korporacjach z pobłażaniem patrzą na tych, którzy wolą być "na swoim" tudzież pracować w dużo mniejszych firmach - LUB NA ODWRÓT - Ci, którzy wynieśli się na wieś z litością patrzą na "korpoludków". Czemu zabieramy sobie prawo bycia RÓŻNYMI ??? ORYGINALNYMI ???  UNIKATOWYMI ??? Czemu na siłę tak wielu z nas próbuje ściągnąć ludzi wokół -  do własnego poziomu i to w różnych aspektach? Czemu, gdy ktoś z grona naszych znajomych lub nieznajomych osiąga jakiś sukces nie potrafimy pomyśleć sobie - CO ZA GOŚĆ! :) ależ musi być niesamowitym człowiekiem! Albo - jeśli ktoś chce sobie po cichutku spokojnie żyć, bez sukcesów, fanfar, bankietów itd. - myślimy o nim : ale życiowa oferma?
 
Poznaję ostatnio mnóstwo nowych ludzi - wielu z nich mnie po prostu ŻYCIOWO INSPIRUJE!!!:):) Są inni niż ja - bo np. nie mieszkają na wsi, a w blokach; nie lubią "babraniny" w ogrodzie, jeżdżą do takich zakątków świata...do których ja nie chcę jechać:), uprawiają jakieś zwariowane sporty:), itd. Słowem są tak różni ode mnie. Nie przeszkadza mi to jednak, by zobaczyć w nich te wszystkie wspaniałości - których nie widzę u siebie i je DOCENIĆ. Moja najlepsza przyjaciółka, siostra rzekłabym, jest jak dla mnie korporacyjnym przykładem pracownika roku:) Bardzo sumienna, niesamowicie zdolna, od wielu lat obserwuję jej zmagania, awanse, projekty korporacyjne, które prowadzi, jej ogromne zaangażowanie. Jak myślicie - łatwo jest nam się dogadać? OCZYWIŚCIE ŻE TAK! Bo obie po 1. dajemy sobie prawo do bycia różnymi, po drugie lubimy i szanujemy się po ludzku, doceniając równocześnie to swoje zaangażowanie - każda z nas ma podobne podejście do pracy... Czy to ważne więc co tak naprawdę robimy? Ona chętnie poznaje "mój świat", gdy u nas jest np. - pracuje ze mną w ogrodzie, teraz właśnie w warzywniaku:), pyta o zdjęcia, o aktualne moje projekty.  Ja z uwagą słucham, gdy mówi o swojej korporacyjnej pracy - raz, że też kiedyś byłam panią w szpilkach i garniturze:) więc wiem jak to jest, dwa, że najzwyczajniej w świecie, jej świat mnie interesuje, bo to ważny dla mnie człowiek. Jesteśmy INNE, jak tylko mogą być inne kobiety, ale nigdy od niej nie usłyszałam - " na co Ci to" ?

Jest jeszcze inny aspekt owego "zrównywania", który coraz częściej obserwuję wokół. To się ładnie od lat zresztą, nazywa "inspirowaniem". Zamiast szukać swojej drogi życiowej, szukać w sobie czynnika, który wyróżniłby kogoś zawodowo, nadał mu jedyny, charakterystyczny sznyt -  ludzie wolą (bez żadnych wyrzutów sumienia i autorefleksji)  ZABRAĆ czyjąś ideę, pracę, pomysł, a nawet styl  - który się już sprawdził i przyniósł już komuś sukces,  trochę to zmienić i zaadaptować do swoich potrzeb. Mamy społeczne przyzwolenie na KOPIOWANIE. Na podkradanie, na przerabianie... Na podróbki, na zalewające nas "TO SAMO, tylko trochę inaczej" ...To także jest forma zrównywania. Mechanizm działania jest zawsze ten sam - "inspirujący się" człowiek obserwuje wybraną ofiarę:), patrzy co ona robi, jak to robi, myśli sobie - JA TEŻ UMIEM TAK SAMO, TEŻ CHCĘ TO ROBIĆ - a potem zabiera sobie główną ideę, z lekka ją tuninguje, nadaje swoje logo - i już...gotowe. Znacie to skądś?

Ludzie, którzy kradną drugiemu człowiekowi jego pomysł na życie i zabierają unikatowość tego co robi, podążając CZYJĄŚ a nie swoją ścieżką, naśladując, przerabiając... muszą być bardzo nieszczęśliwi. Człowiek spełniony, znający własną wartość, LUBIĄCY SIEBIE, wierzący we własny talent i kreatywność, poukładany wewnętrznie - nie sięgnie po cudzą pracę czy pomysł, styl. Bo po co niby? Przecież sam potrafi zrobić coś od początku do końca:) WYMYŚLEĆ, nadać temu marzeniu  realny wymiar, a później je zrealizować. Sprawia mu to satysfakcję, buduje jego wewnętrzne poczucie wartości.
Ktoś, kto ma zaniżone poczucie własnej wartości - zawsze będzie naśladował innych ludzi... żeby cos udowodnić, żeby na coś zasłużyć, żeby sobie samemu wmówić, że też jest TAKI jak oryginał.

Mam nadzieję, że ten tekst przeczyta być może ktoś, kto właśnie chciał sobie "POŻYCZYĆ" czyjś pomysł na biznes, czyjś styl, czyjąś charakterystyczną cechę... Może zanim to zrobi i wytworzy kolejne  "prawie to samo", urządzi swój dom "prawie tak samo", ubierze się "prawie tak samo", będzie robił zdjęcia "prawie takie same", zechce zawodowo funkcjonować "prawie tak samo"..... - zajrzy jednak w głąb siebie...i spyta - hej! czy Ty naprawdę nie potrafisz samodzielnie? Czy naprawdę chcesz kopiować styl życia drugiego człowieka? Czy naprawdę nie masz swojego własnego marzenia do zrealizowania? Naprawdę jest w  Tobie aż taka wielka dziura? 


Nie lubię zrównywania...Od najmłodszych lat wyszarpywałam się ile sił w sercu - nosiłam dziwne ciuchy:), moja mama bywała załamana:),  malowałam komunistyczne trampki kolorowymi farbami, komponowałam własne piosenki - żeby móc samodzielnie wyśpiewać co mi w duszy grało a nie cudzymi słowami. A dziś - mam leśne białe biuro - choć to pomysł dla wielu dziwaczny:) i organizuję 400 metrowy warzywnik....w którym trzeba TYRAĆ:) pielić i inne takie:) - choć nie muszę tego robić... I bywa tak, że jadę na jakieś ważne spotkanie biznesowe, ładnie ubrana w szpileczkach z teczuszką:).... Już prawie że wychodzę z domu, nagle widzę swoje dłonie....i w panice biegnę do łazienki -  szczoteczka, sok z cytryny - bo przecież przy pieleniu moje dłonie dostały dziwnych czarnych szlaczków w skórze...no nie można z takimi iść "na salony" :)
Mam to wszystko - na własne życzenie:):)



Niech Was nie zwiodą moi mili poniższe piękne obrazki:) Na początku bowiem było bardzo brudno, pracowicie, i mało estetycznie....Zrównywanie skarpy, kopara, nawożenie ton ziemi, obornika, kompostu - 2 tygodnie. Zbijanie ścianek oporowych - 2 dni. Potem 4 dni czysto fizycznej pracy z grabiami i łopatą - tworzenie grządek i dzielenie na funkcje... wkopywanie trejaży, malowanie, sianie... - kolejne 5 dni.
Gdyby ktoś mi kazał jeszcze raz powtórzyć te wszystkie czynności - BRRRRRRR... :):):)

Na początku była naprawdę ostra praca. Teren, na którym wymyśliłam ogród warzywny to skarpa. Tak zakręcona w swoich spadkach... że nawet nie chcę tego wspominać. Musieliśmy najpierw ją doprowadzić do stanu, by można było zamarzyć choćby o płaskiej powierzchni. Dopiero wtedy nawoziliśmy ziemię.







Po pierwszym nawiezieniu i rozparcelowaniu, w końcu ukazało się światełko w tunelu:





Ta ścianka którą widzicie to zapora z jednej strony warzywnika - jego koniec. Skarpa była na tyle duża, że mimo wyrównywania terenu, musiałam w jednym miejscu zastosować takie rozwiązanie. To tak, jakbyśmy z jednej strony mieli rabatę podniesioną...na bagatelka 80 cm:) i 16 metrów długą. Dechy są osadzone na porządnym stelażu (metalowe bolce wbite w ziemię, na tym słupy drewniane zabezpieczone przed wilgocią, na deskach poczwórnie złożona folia budowlana - przybita do dech od strony warzywnika, tak by drewno nie miało styku z wilgocią.) A tak to wygląda dziś: te wysokie chaszcze, które widzicie - to bób. Zaraz będziemy go zbierać:)

 
 
W warzywniku zastosowałam system kilkunastu rabat z wydzielonymi grządkami. Prowadzą do nich malutkie ścieżki. Chadza nimi sobie często Cziko, bo musicie wiedzieć, że od samego powstania warzywnika...jakoś się chyba nam kot poczuwa - do stróżowania, czy czegoś  w tym stylu :):):):)

 
 
 

 
 


 
 
Cały warzywniak obsiałam dookoła kwiatami - nasturcjami, chabrami, kosmosem, naparstnicą, makami, ślazówkami:) A wejście z ogrodu głównego obsadziłam szalenie długo kwitnącą kocimiętką. Znajdziecie ją w sklepie FUNKIE.PL  - z niego właśnie pochodzą nasze roślinki. Polecam Wam bardzo kocimiętkę - do różnorodnego zastosowania, jest tak łatwa w obsłudze, że naprawdę nawet poczatkujący ogrodnik sobie z nią poradzi, a obfitość kwitnienia i jego długość na pewno mile Was zaskoczy. Oprócz warzywnej części mamy je też w rabatach różanych. Poniższe  kocimiętki - zapraszają w rejony warzywne. Widoczny płotek oddziela 2 funkcje ogrodu - rekreacyjną od żywieniowej.
 
 
 
 Kwiaty otulają nasz cały warzywniak....Nasturcje zalały obrzeża ścianki drewnianej, którą widzieliście wyżej, pięknymi kwiatami. Jesienią z ich nasion - zrobię kapary, przepis podam Wam na pewno na blogu. Dla wszystkich fruwających przyjaciół powiesiłam kilka domków dla owadów - pięknie wyglądają wtulone w rośliny. Powoli zaczynają kwitnąć już kosmosy. Pozwoliłam zakwitnąć też rukoli i kolendrze - uwielbiam ich malutkie białe ziołowe kwiatki:)






 
 


 W części warzywnej mamy jeszcze krzaki porzeczek, agrestu, drzewka owocowe, borówkowy lasek, który tworzyłam TU. W tym roku borykamy się z dwoma plagami - stadami ptaków (głównie szpaczki nas okradają np. z porzeczek:) - zobaczcie jakim stadkiem potrafią przylatywać... a nasze koty mają w nosie:) Najpierw trawnik i robaki z trawnika, zaraz potem - warzywnik i deserek w postaci owoców... no żyć nie umierać:)

 

 
Druga plaga - to mszyce... Miliony mszyc! Bardzo długo była susza - a to dla nich świetne warunki do rozmnażania.  Zaatakowały wszystko, dosłownie wszystko. Począwszy od drzew, skończywszy na każdym warzywku... Hektolitry domowych naparów z czosnku, cebuli, szarego mydła i popiołu poszły na walkę z mszycową zagładą. Wygrałam w końcu:) Wspomagałam się też NATURENEM  Moja marka ambasadorska Substral wypuściła w tym roku środek do mszyc oparty wyłącznie na naturalnych składnikach - rewelacyjny. Jeśli nie chce się Wam bawić w samodzielne robienie domowych naturalnych nalewek antymszycowych, Naturen sprawdzi się w warzywnikach idealnie. I jeszcze jedna fajna rzecz, którą odkryłam jakiś czas temu, i którą chcę się z Wami podzielić. Bo ułatwiła mi bardzo pracę - KLIPSY ogrodnicze, które znajdziecie w dyskoncie Biedronka. O, takie:


Rewelacyjne do pnączy, do przypinania pomidorów do palików - słowem HICIOR:) Bardzo ułatwiły mi  przypinanie roślin; zaoszczędziły sporo czasu, bo sam ruch przypięcia to mgnienie oka. Po sezonie można je zebrać, włożyć do pudełka - na następny rok. Bez żalu pożegnałam mało wygodnie druciki. Uprzedzam lojalnie - w woj. pomorskim wykupiłam wszystkie:):):):):)

Jeśli dotrwaliście do końca dzisiejszego wpisu - możecie przyznać sobie MEDAL.

Uściski kochani zielonoczółnowcy! Do następnego wakacyjnego posta:)
A jeśli ktokolwiek po dzisiejszym wpisie, jednak zechce mi  zadać pewne irytujące pytanie, to odpowiadam od razu  - TAK, CHCE MI SIĘ:)  !!!