Moje zdjęcie
Green Canoe
Od jakiegoś czasu mieszkam ze swoja rodziną na wsi - z woli własnej i nieprzymuszonej:):) Wokół nas las i jeziora, na dole nasza trawa, na górze nasze niebo - i niechaj już tak zostanie. Żyją tu z nami 2 koty o jakże odmiennych charakterach i 2 psy o jakże odmiennych posturach:):) Odkąd pamiętam lubiłam "popełniać" coś manualnie:) - i tak mi już po prostu zostało, zaś owe dzierganki dłubanki możecie zobaczyć właśnie tutaj.
Wyświetl mój pełny profil

środa, 4 listopada 2009

KAMIZELKA ...z reniferkiem.

No..., to po jesieni....Nie wiem jak u Was – ale u nas ZIMNO, i to jak diabli. Szron od kilku dni siedzi twardo na ziemi, na tarasie, na barierkach...kurczowo trzymając się tego swojego jestestwa. Co rano próbuję z nim negocjować, uderzając w czułą nutę – że jeszcze smukłych Róż nie zabezpieczyłam, że eteryczna Magnolia jeszcze bez zimowego ubrania, że ręce mi kostnieją przy ogrodowej pracy....a ten NIC, ani drgnie. Leo po kilkunastu minutach spacerku zawraca w stronę domu, psy i koty się wtulają w co mogą, a wicher drań najpierw bez uprzedzenia pozabierał jesieni wszystkie liście, a teraz nieustannie smaga bezlitośnie wszystkie gałęzie drzew. IDZIE Pani ZIMA...Ludziska kochane - ogłaszam publicznie – wyciągajcie ciepłe skarpeciochy, pantalony, swetry, kamizele, i nalewki:):) Trzeba się jakoś bronić. Ja zaczęłam od kamizelki ocieplaka dla synka. Takiej:


Powstawała w 2 dni,( w tzw. międzyczasie oczywiście) Wykorzystałam do tego bardzo gruby polar, mulinę i wyobraźnię. Kamizelka okazała się strzałem w 10 – mały nie musi nosić na sobie grubaśnych, ograniczających ruchy swetrów, a jest mu ciepło, i co najważniejsze wyraźnie ją polubił. Wkładam mu ją w domu, lub pod kurtkę – żeby grzała plecki i brzuszek. Do kompletu dorobiłam jeszcze domowe kapciuszki. Obdarowany Leoś wygląda teraz jak rozbrykany zimowy elfik:)
Oto migawki kamizelkowe:

Dokładne kamizelkowe JAK TO ZROBIĆ, KROK PO KROKU – znajdziecie na blogu, który założyłam specjalnie dla tego typu tutoriali – tzn dotyczących świata dzieci. KREATYWNA MAMA, jest miejscem gdzie będę pokazywała, jak czaruję dla naszego synka. I mam ogromną nadzieję, że dzięki pokazanym tam dokładnym instrukcjom uda mi się zachęcić innych rodziców, by Ich rodzinna przestrzeń pełna była wspólnie spędzonych magicznych chwil i przedmiotów jedynych w swoim rodzaju, bo zrobionych przez samych rodziców i z miłością. W prowadzeniu tego bloga czynnie pomagał mi będzie kreatywny tatuś czyli Paweł:) Przećwiczyliśmy to już przy tworzeniu dla Leosia TEATRU i współpraca wyszła nam cudna...ale napiszę o tym w innym poście:) Oczywiście pokażę, jak krok po kroku taki teatr dla swojego dziecka popełnić. Swojego jeszcze nie skończyliśmy, robią sie kukiełki, scenografie, kurtyna, czeka jeszcze sporo elementów do pomalowania....ale żeby Was zaintrygować:)...o proszę, taka migaweczka bardzo robocza - z montowania nie pomalowanych jeszcze zawiasów:


I informacja dla zamawiających komplety tulikowe – się robią. Czekałam jakiś czas na polar, ale dotarł wreszcie, więc ruszam z dalszą pracą. Wracając do tematu dzisiejszego posta czyli RENIFKAMIZELKI:) - zachęcam Was serdecznie do uszycia maluchom tego ocieplaka. Jeśli nasza kamizelka i instrukcja jej wykonania stała się dla Was inspiracją choćby malutką i uszyjecie coś dla swoich pociech – koniecznie przyślijcie mi fotki, pokażę je na pewno na Kreatywnej Mamie, bo ta nazwa nie dotyczy tylko mojej osoby – prawda mamuśki????

Kończę już...czas na herbatkę z miodem..i kapkę naleweczki mirabelkowej...ot, tak dla zdrowotności:)

wtorek, 27 października 2009

DOTYK NA DOBRY SEN , białe kosze, zdobycz wyczekana i pachnące jabłonią świeczniki.

Jest jedną z najstarszych dziedzin wiedzy lekarskiej. W starożytności był uzupełnieniem obrzędów religijnych. W Indiach i Chinach, skąd sie wywodzi, wchodził w zakres rytuałów religijnych, tzw. medycyny sakralnej - kapłani zalecali stosowanie go jako metody leczniczej. Dokładne wskazówki wykonywania MASAŻU, bo o nim mowa, znajdziemy już w hinduskiej księdze mądrości: "WEDZIE", pochodzącej z 1800 r. p.n.e. I skoro sam Hipokrates zalecał stosowanie masaży w niektórych jednostkach chorobowych...cóż ja mogę napisać więcej? Może tyle tylko, że dobroczynny dotyk drugiego człowieka niesie ze sobą jakże upragnione ukojenie dla ciała i duszy.
Zapewne wielu z Was ma już swoje "masażowe kąciki" w domach, nasz doczekał się wreszcie realizacji. Do tej pory wszelkie oliwki, masażery, maści i kremy, tułały sie po rożnych koszykach, często gęsto poszukiwane zresztą. Ale to już przeszłość:) Od niedawna, całkiem na STAŁE są tuż "pod ręką":) Pobieliłam prosty wieszak, dodałam do tego również pobieloną tabliczkę z naprędce jakby napisaną własnoręcznie maksymą: " Sen jest balsamem dla duszy" ( a wiecie, kto napisał te słowa??), do tego uszyłam woreczek na oliwki, doszyłam tasiemki na inne masażowe gadżety - i jest. Całkiem profesjonalny, w prowansalskim stylu, podręczny zestaw zdolnego masażysty, bądź masażystki oczywiście :) Teraz mój zbuntowany kręgosłup może się sobie buntować, a proszę bardzo...................Żartowałam ( i mam nadzieję, że tego nie usłyszał) :) Poniżej migawki .




Pobieliłam ostatnio również całą stertę koszyków ( jak wpadam w trans to bielę na potęgę) Najbardziej zadowolona jestem z dużego kosza, o którym wspominałam wam w którymś, z wcześniejszych postów- znalazł miejsce w mojej pracowni i wreszcie mam gdzie trzymać wszelkie nie wykorzystywane akurat materiały.....Poupychane dotąd w reklamówkach, workach i torbach wszelakich - maja już swój wiklinowy przypiecek:) a ja mam święty spokój. Pytacie mnie ostatnio bardzo często czym maluję wiklinę - odpowiadam więc publicznie, aby się nie powtarzać. Wiklinę maluję farbą akrylową, miękkim pędzlem( mowa o miękkim włosiu), trzykrotnie. Pierwszy raz - maluję farbą z dodatkiem wody, uważając aby dotrzeć we wszelkie szczeliny i by nie dopuścić do zacieków, następne dwa razy - już bez wody, metodą suchego pędzla. Oczywiście za każdym razem czekamy aż poprzednia warstwa całkiem wyschnie. Używam farby duluxa, jakoś najlepiej mi się do wikliny właśnie ona sprawdza. Proszę zatem, oto migawki z pobielonymi koszami, jak widzicie, maja naprawdę różnorakie zastosowanie - ot, bielenie użytkowe...:)





A teraz będę się chwaliła:) Upolowałam, cudem chyba, następny chlebak z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Tym bardziej mi bliski sercu - bo z polskim napisem, a takich rarytasów coraz mniej w starociowych kręgach. Co prawda, któryś z poprzednich właścicieli nierozważnie (mówiąc delikatnie) zamalował odpryski emalii farbą olejną, ale mam nadzieje, że sobie z tym poradzę. Czcionka jakże charakterystyczna dla tego okresu, a sam chlebak... no magia po prostu....Okres dwudziestolecia międzywojennego w Polsce to temat na całkiem osobny, napisany z dbałością dłuuuuugi post...Dziś przytoczę jedynie kilka hasełek z ówczesnych plakatów handlowych: "cukier krzepi", "minęły czasy prababek - prasujcie elektrycznością", "gotuj gazem", "najlepsza kąpiel na gazie":):):) .....mam nadzieję, że sprowokowałam was do poszperania w necie i poszukania ciekawostek dotyczących naszej historii z tych lat, i zwróćcie proszę uwagę jak cudna była wtedy grafika, ...prawda?



Na zakończenie pokażę jeszcze nasze domowe jesienne świeczniki from NATURA:) Jabłeczniki kominkowe. Robimy je prościutko -łyżeczką wydrążamy miejsce na świeczuszkę, i JUŻ....from natura jak malowane:) . A jak jabłko podeschnie - ususzyć je sobie możemy, na sznureczek , przy kominku - wyschnie w kilka dni i na Wigilijny kompot przyda się na pewno. Na ostatnim zdjęciu pysznią się w oknach nowo popełnione przeze mnie śmietankowo waniliowe lambrekiny. Nie będę pisała ile się nad nimi namęczyłam, i jakież to były wieczne katusze nad maszyną typu ŁUCZNIK. ( Mój kawaler Pan Maszyn Łucznik ma tyle lat, że mu chyba laskę kupię....i żeby było jasne - do podpierania) Reasumując temat szycia lambrekinów - napiszę tylko, że nawet za milionpięćsetdwadziewięćset w życiu nie będę więcej tego szyła. I proszę nie przebijać stawki - bo nie dam sie w żaden sposób przekupić :)



A na dowidzenia już, ze spuszczoną głową, przyznaję się do zaniedbania haniebnego - nie dotrzymałam terminu opowiadania do Koła Gospodyń Wiejskich...., głupio tym bardziej, że sama tego bloga założyłam. Bez zbytnich tłumaczeń -najzwyczajniej w świecie zapomniałam. Tyle się nam ostatnio w życiu dzieje, nie będę nawet opisywała, bo naprawdę niezła to kołomyja, a jak jesień, to i dodatkowo "robota w polu", 30 taczek obornika sobie ot tak od niechcenia:) , porozwoziłam po ogrodzie....to i zapomniałam...BO taka woń TO daje w skroń:):):):)
I do dziewczyn, które mi zrozpaczone piszą maile, że jakie to one są niby beznadziejne i sie nie wyrabiają z niczym, i jak to jest, że tyle tu sobie tworzę, i jeszcze mam małe dziecko, i rade daję i w ogóle i.....i..........i............i się z reszta obowiązków jeszcze wyrabiam...Dziewczyny, a kto Wam powiedział, że ja sie wyrabiam????????????:):):):) No kto??? :):)

poniedziałek, 19 października 2009

LONIA dołącza do rodziny, Leo ma wizytówkę, a zwierzyniec grzeje kości.

Zacznę od tego, że w najśmielszych snach nie spodziewałam się tylu komentarzy pod poprzednim postem - bardzo Wam wszystkim za nie dziękuję i za całą dobrą energie, którą mnie obdarowaliście. Było mi niezwykle milo czytać tak wiele ciepłych, dobrych słów. I bardzo się cieszę, że ta strona daje tylu osobom pozytywnego KOPA :) W miarę moich możliwości czasowych, postaram się dalej Was "pozytywnie bodźcować" :) A z domowych newsów - Tolkowi przybyła siostra, a nam nowa kjóiczka do rodziny:) Mowa o LONI. Jako, że jestem zdecydowaną fanką "ratowania" starych zabawek - LONIA została przez mnie wyratowana:) Recykling to się fachowo nazywa:) Nie pytajcie jak Lonia wyglądała PRZED...szkoda o tym mówić po prostu, w każdym bądź razie - poświęciłam jej "trochę" czasu, nagadałam najpierw aby uwierzyła siebie:), potem zrobiłam nowe oczka, nosek, ubrania, i nadałam różowy babski IMAGE :) Kąpiel w pianie, puder na nos.....No i Lonia finalnie okazała się całkiem fajną kjóisią:) A teraz to muszę synkowi wreszcie jakiś samochód uszyć, żeby jakaś harmonia była:) a nie tylko kjóiki i kjóiki...Do pokoju Leonkowego przybyła jeszcze wizytówka głównego urzędującego - zrobiona w międzyczasie tzwanym. Tak się miło bowiem składa, że zasypaliście mnie zamówieniami na zestawy TULIKOWE na jesień dla swoich dzieci, no i je "dziergam"....i woreczki na grzybki i inne skarby dziergam też....a w trakcie przerwy - postanowiłam dla "przewietrzenia estetycznego" uszyć Leosiowe literki. O tak to sobie teraz wygląda:


A, że jesień w tym roku zaskoczyła Polskę klimatami śnieżnymi i pogodą mało subtelną - zwierzęta nasze, które zazwyczaj wolą żyć na zewnątrz domu - tym razem zdecydowanie wybrały chałupę:) Pierwsza do domu wparowała LILU okupując godzinami kominek, kosz na drewno, i Leosiowy zestaw TULIKOWY...Czabrang bez żenady opanował salonową część - i najpierw bawi się Leona kaloszkami, a potem rozwala na dywanie niczym lord, Wałek cichutko kima pod stołem, a Malibu...zwana też Bogusią:) - wybrała...Leosiowe łóżeczko. Jak tylko wchodzi ktoś do pokoju - to czmycha stamtąd w pośpiechu ( wiedząc doskonale, że nie wolno jej spać na poduszce Leo), ale jak tylko wychodzimy z pokoju - spowrotem wraca na swe "legowisko"...Przestałam już z nią walczyć - rozpościeram na łóżeczku ręcznik:) Zdjęcia nie dałam rady jej zrobić - bo czmycha:)




Chciałabym Wam jeszcze dziś polecić kolejne blogowe magiczne miejsce do odwiedzenia: zapraszam Was na bloga ORI, która ma duszę pełną miłości - do życia, świata..., przyrody....i do zwierzaków. ORI jest osobą, której warto poświecić w internetowych wędrówkach więcej czasu, którą warto poczytać ( pisze również do Koła Gospodyń Wiejskich), pooglądać (robi cudowne zdjęcia), posmakować ( podaje cudne przepisy); zresztą, co ja Wam będę za dużo pisała, zobaczcie sami, o : TUTAJ

Na dziś mówię dobranoc, i pozdrawiam... jesiennie...choć z przymrozkiem:)

wtorek, 13 października 2009

ALKOWA...sypialniane tajemnice śnione....

Być może trudno będzie Wam w to uwierzyć, ale praktycznie do początku 18 wieku ludzie nie mieli sypialni - w znaczeniu miejsca wyznaczonego do snu. Pomieszczenia były zbiorcze i nie istniało zjawisko domowej prywatności....Osoby, które chciały pobyć przez jakiś czas same i zamknąć się np. w pokoju - odbierane były jako DZIWACZNE....ot, dusze zwichrowane jakieś. Jeszcze w 17 wieku całe rodziny, a w bogatszych domach wraz ze służbą - spały na rozkładanych łózkach, które rano były składane. W tym samym pomieszczeniu się spało i jadło, pracowało, i rozmawiało itd.....Dopiero 18 wiek podarował nam SYPIALNIĘ - czy też ALKOWĘ ( alkowy wydzielane były w biedniejszych domach, były to pomieszczenia bez okien z wstawionym jedynie łóżkiem) Już wtedy sypialnia umieszczana zostawała zazwyczaj na piętrze, tak aby gospodarzom domu zapewnić intymność i możliwość spełniania nadanej jej funkcji:) Zresztą umieszczanie sypialni na wyższych kondygnacjach do dziś jest obecne w małej architekturze - spójrzmy na własne domy... A zaczęłam od tego krótkiego rysu historycznego, bo dziś chciałabym Wam napisać o tym, jak ważny jest dla nas SEN i miejsce w którym odpływamy w jego ramiona. Morfeusz' owskie chwile to dla mnie SKARB NAD SKARBY. Paweł zresztą też ceni sobie ten czas, tym bardziej, że odkąd urodził się Leo...no cóż - sami wiecie jak to jest z małym dzieckiem: pozarywane nocki - kilkakrotne wstawanie, czujny sen na tzw zająca, i ciągłe wrażenie niedospania. Zanim przeprowadziliśmy się tutaj mieszkaliśmy w bloku - w mieszkaniu zaprojektowanym współcześnie - dość dużym ale 2 pokojowym ( czyli salon z aneksem kuchennym o bardzo dużej powierzchni i mała sypialenka) Efektem odwiedzin gości, ( a tych mieliśmy zawsze sporo) było nasze spanie pod barem, jak to ja zwykłam żartobliwie nazywać
( kuchnia od salonu oddzielona była blatem bardzo dużym i wysokim - przy którym stały hokery, a pod którym to spaliśmy), swoją sypialnie bowiem oddawaliśmy uprzejmie gościom.
Zamarzyliśmy sobie z Pawłem właśnie wtedy, że jak już kiedyś byśmy mieli ten swój wymarzony dom, to w nim na pewno, na bank, na milion procent będzie NASZA i tylko NASZA sypialnia. Opatulona prywatnością nad prywatnościami. ...No.... i mamy ją:) I jest jak najbardziej tak, jak postanowiliśmy - sypialnia jest TYLKO nasza, nawet jak mamy tabuny gości, to drzwi od NASZEJ sypialni są ZAMKNIĘTE:):):), Prywatność nad prywatnościami w końcu nie może ot tak sobie być wystawiona do użytku publicznego, prawda??? W tym pomieszczeniu zostawiliśmy dechy - cała sypialnia jest nimi obita- na styl pomieszczeń szwedzkich, dechy zostały jedynie zawoskowane na biało. Jest raczej ascetyczna, ale delikatna.....umieściliśmy w niej jedynie wygodnie łózko i 2 komody na bieliznę osobistą...no i NAJWAŻNIEJSZE - otaczają nas okna z trzech stron. Kiedy zasypiamy - patrzymy prosto w niebo, które nad nami WISI po prostu....Zawsze mówię moim przyjaciołom, że teraz, to mieszkamy sobie na dachu świata:)....Magicznie jest zasypiać patrząc prosto w gwiazdy. Ale nie pokaże Wam dziś sypialni...:):):)......Pamiętacie? - prywatność nad prywatnościami:):):) Pokażę za to następne wianki, które umemłałam wczoraj z darów jesieni przywleczonych znów z lasu i ogrodu. Jeden z wianków zawisł właśnie na drzwiach do sypialni jako nasza wizytówka, zaś napis na owej wizytówce (dokładnie na małym pobielonym domku który do wianka dołączyłam) mówi sam za siebie...I nie jest ważne z której strony domku napis się wyłoni:)......i tak wiadomo, o co sie uprasza:)





Błękitne hortensje, wrzosy delikatnie różowe, mech, mróz, trzmielina....Oto nasza sypialniana flora wiankowa:) Starałam się, by wianek był delikatny i pastelowy - w tonacji narzuty na łóżku.





Drugi wianek zawisł przy letnim wejściu do domu - czyli z tarasu. Różowe nasycone kolorem hortensje, mech, ciemno różowy rozchodnik, jałowiec, thuja - oto składniki wianka jesiennego przy kąciku fotkowo rodzinnym.

Jesień daje nam tyle skarbów - że grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Za każdym razem więc, jak tylko spacerujemy z Leosiem, wracam do domu z naręczem wszelkich patyków, kłączy, liści itd...i memłam sobie wianki:):) Nie wiem jak u Was, ale tutaj jeszcze nie ma CZERWIENI na liściach...oj czekam na to, czekam:):):) A w taką pogodę jak dziś (mieliśmy tu prawdziwe 4 pory roku - łącznie z opadami śniegu, wichurą i zalaniem słońca) siadam do zaległych lektur ogrodniczych i hobbistycznych, które to sobie przez cały rok zbieram do koszyków - na jesienne brzydkie dni właśnie. I co mi tam deszcz za oknem - otwieram Werandę Country, Habitanę czy magazyny ogrodnicze...i TONĘ po prostu w barwach kwiatów, aksamicie zasłon, i zapachu letnich łąk. I jeszcze odnośnie koszy - wiem, że moje kochanie już reaguje nerwowo na kolejne zakupy wikliniarskie, ale ja nie umiem sie powstrzymywać - jestem koszykowym nałogowcem:) Mamy w domu koszy ....i ciut ciut.....Ale żeby nie było za nudno - ja je sobie co jakiś czas zmieniam:) , a to uszyję nowe ubranko, a to przemaluję, a to rączkę starawą przerobię....Ostatnio przywlekłam od mojej mamy (ba ...300 km wlekłam:) - nasz stareńki ponad 30 letni ogromny kosz niegdyś bieliźniany, w formie beczki. Będę oczywiście przerabiać:) Jeszcze nie wiem jak....ale jak napisałam w poprzednim poście - co się odwlecze, to nie uciecze. Poniżej niektóre z moich koszyków, pobielone.



A już tak na sam koniec....tylko wczoraj ( w jednym malutkim poniedziałkowym dniu) odwiedziło moją stronę 700 osób. I wiecie co, moi mili? Ja zupełnie nie wiem KIM WY JESTEŚCIE????????:):):) Komentarze zostawiają głównie blogerki, znane mi i bardzo lubiane, ale myślę, że jednak dużo osób, które mnie sobie być może do kawki podczytuje, nie ma blogów...Czy się mylę? Powiedzcie mi kim jesteście:) Dziś zróbcie proszę wyjątek i poświęćcie jeszcze mi dodatkowo 2 minuty - zostawcie pod spodem komentarz - może być jako wpis ANONIMOWY, nie musicie sie podpisywać...chciałabym tylko się dowiedzieć, kto zechciał poświecić mi czas i dotrwać do końca tego posta:) Jak odnaleźliście tę stronę? Kim jesteś mój miły czytelniku, gdzie sobie żyjesz????? i co porabiasz???:) Pozdrowienia wysyłam WAM WSZYSTKIM :) z deszczowego sosnowego lasu. Pozdrowienia ode mnie, od Leosia opatulonego w lwi komplet (owszem, śpi znowu na dywanie przed kominkiem:):):), i od mojego drugiego połówka - kochania nad kochaniami, który bardzo dzielnie znosi me wszelakie dziwactwa - i uwierzcie mi, że te koszykowe są tu pestką:):):
Czekam zatem na wasze "wpisowe pomachanie"
:)

niedziela, 11 października 2009

ROBIMY LAMPĘ szyszkową - krok po kroku.



Mam już komplet!!! :) Odgrażałam się jakoś zimową porą, że do drzewka szyszkowego, które popełniłam dorobię kiedyś lampę na ciemne chłodne wieczory - zdecydowanie poprawiającą swym światłem nastrój. I co się odwlecze to nie uciecze:) Zrobiłam:) :) Jako że lubię bardzo ciepło światła lampek choinkowych, postanowiłam, że to one właśnie będą w mojej lampie źródłem światła, i że wkomponuję je w szyszkową DUUUUUŻĄ kulę. Tak, by pasowała stylistyką do wcześniej wykonanego drzewka. Lampa wyszła taka, o jakiej marzyłam - klimaciarska, nietuzinkowa, uroczo wsiowa:) i dająca bardzo ładne, nie narzucające się światło. Jest mojego wzrostu - czyli 160 cm:) No powiedzcie - czyż to nie idealny wymiar:)???...jak na lampę ma się rozumieć:) Nie będę pisała, że lampę drzewo wykonuje się łatwo i przyjemne....bo może i przyjemnie to i jeszcze owszem (no.... poza momentami, kiedy poparzyłam się klejem), ale na pewno nie jest łatwa do zrobienia. Jestem jednak przekonana, że warto poświęcić kilka wieczorów i spróbować ją zrobić....choćby dlatego, że sprawdzi się nam świetnie nie tylko jesienią ale i zimą - ozdobiona świątecznymi jabłuszkami, suszonymi plastrami pomarańczy - czy czymże jeszcze tam sobie nie wymyślicie. Jeśli podejmujecie wyzwanie:) - poniżej przedstawiam KROK PO KROKU, by było Wam łatwiej, ale na początku - sama bohaterka dzisiejszego posta:

A teraz do rzeczy - do wykonania lampy potrzebne będą wszelakie przydasie następujące: KULA styropianowa o średnicy minimum 30 cm ( do kupienia na allegro),/ szyszek wiaderko,/ koronki w kolorystyce jaka będzie Wam pasowała do wnętrza, ja mam akurat ecru z bielą - ale to indywidualna sprawa,/papierowe bądź koronkowe kwiatki - ja mam różyczki zakupione na allegro (różyczka o średnicy minimum 3 cm, zaś koronkowe kwiatki zrobiłam sama - pokażę potem jak,/ LAMPKI CHOINKOWE - najlepsze byłyby LEDowe,/pistolet na gorący klej ( do kupienia na allegro i wkłady do tego kleju - od razu kupcie więcej, bo dośc szybko się zużywają/sizal/.

Jeśli wszystko zbierzecie - to ruszamy z pracą. Kulę styropianową całą obklejamy szyszkami - gorącym klejem. UWAŻAJCIE na pistolet i klej - są naprawdę gorące, ja się niestety przez nieuwagę poparzyłam. Od razu uprzedzam, że zaklejenie tej kuli jest czasochłonne - jeśli macie samozaparcie zajmie Wam może jeden wieczór, ale raczej załóżcie 2 wieczorki. Nie przejmujcie sie tym że macie dziury - i że szyszki nie są idealnie jedna przy drugiej - tego nie będzie widać przy efekcie końcowym. Kiedy macie już gotową obszyszkowaną kulę, przystępujemy do WCISKANIA między szyszki lampek choinkowych. Nie przyklejamy ich!! - w przypadku jakiejś awarii z elektryką, tj np zepsucia kabla lub innych tego typu niefajności z lampkami - musimy mieć możliwość dość łatwego demontażu lampek i wymiany ich na nowe.

Zalampkowana szyszkowa kula wygląda tak:

Nadszedł czas na bibelociki:):) Czyli kwiatki - koronkowe, papierowe - a może np jakieś malutkie owoce typu jabłuszka?????....Mamy tu duże pole do popisu - i dzięki temu, nasze lampy mogą być "szyte na miarę" - mówić o tym, co nam indywidualnie w duszach gra. Moja lampa ubrana została w białe i ecru różyczki i kwiaty z koronki, o takie:

Robione tą metodą:

I przyklejane gorącym klejem - klej nanosimy na tył kwiatka i wciskamy go w puste miejsce między szyszkami w kuli. Ilośc użytych ozdób - zależy tylko od Was.


Kiedy powklejacie już w kulę ozdoby - czas na KIJ. Czyli pień naszej lampy drzewa:) Użyłam do tego trzonek od łopaty:) Paweł na końcu ów trzonek naostrzył - nabiłam na niego kulę, a sam trzonek owinęłam ecru materiałem koronkowym ( UWAGA pod materiałem puśćcie kabel od lampeczek - aż do samego dołu, tak, aby nie był nigdzie na wierzchu) i dodatkowo owinęłam sznurkiem szarym - w ten sam sposób mam zrobiony trzonek w małym drzewku szyszkowym. I teraz najważniejsze - PODSTAWA. Musi być bardzo stabilna. Są dwa sposoby: 1. bierzemy wiaderko, wkładamy kij do środka i zalewamy wcześniej przygotowanym gipsem czy betonem. Mamy dolne obciążenie, które umieszczamy w koszu, donicy glinianej...tu tez dowolność. 2 sposób - bierzemy duży kosz, lub donicę, wsadzamy kij i obkładamy kamieniami - aż do samej góry. Ja zastosowałam tę drugą metodę. Na wierzchu zaś ułożyłam MECH - wygląda to tak:


I JUŻ:) podłączcie do prądu iiiiiiiiiiii.............no co ja będę pisała elaboraty:) - jest po prostu BOSKO :)





POWODZENIA!!!!! :):):):) AAAAAch, bym zapomniała - obiecałam Wam jeszczeTUTORIAL wiankowy - ale zanim zaczęłam go robić, znalazłam idealny i niedawno zrobiony u Elizki:), Nie będę sie więc powtarzała - bo robię wianki praktycznie tak samo jak Ona. Wejdźcie sobie do niej i zobaczcie o TUTAJ proszę:) Kończę już na dzisiaj, idę posiedzieć i podumać przy lampie:)

środa, 7 października 2009

LWY ryczące przed kominkiem...czyli TULIMY się jesienią:)

Miałam wczoraj naprawdę fatalny dzień. Taki dzień z serii czarnych zdarzeń od samego rana i chęci mordu- taki dzień, że chce sie o nim jak najszybciej zapomnieć.
Nie będę sie w szczegóły bawiła, bo ochoty na to nie mam żadnej - prawda jest tylko taka, iż wieczorem poczułam, że jeśli NATYCHMIAST nie zrobię czegoś pozytywnego - to się najnormalniej na świecie rozryczę. I wymyśliłam że zrobię TULAKI dla Leo przed kominek. Kominek w naszym domu pełni rolę szczególną, bo oprócz tego, że ogrzewa nam pomieszczenia, oprócz tego, że podarowuje nam wieczorami KLIMACIARSKIE chwile, to jest jeszcze RODZINNYM ZLENIWIATOREM:):):) Tak, tak....jak się pali w kominku to nijak się po prostu nie da NIE POŁOŻYĆ na grubym dywanie (dywan jak się domyślacie leży przy kominku) i nie poprzytulać się...No my rady nie dajemy - i się przytulamy:) A Leo, jak już pokazywałam we wcześniejszych postach, bardzo często sobie na owym dywanie zasypia:) I właśnie wczoraj pomyślałam, że skoro tak dużo czasu w ciągu dnia z Leo na owym dywanie spędzamy, bawiąc się , rysując czy leżąc - to uszyję dla naszego LWA SALONOWEGO:):):) poduchę królewsko dużą i koc, taki ZESTAW OSOBISTY:) Zaczęłam wczoraj późnym wieczorem- skończyłam dziś przed południem. Mały obudził się akurat z przedpołudniowej drzemki, która to zawsze odbywa się na dworze, wszedł do salonu iiiiii........

Ależ się synek chicholił i chicholił:):):) Bardzo lubię widzieć, że rzeczy które robie Leosia, po prostu mu sie podobają. A teraz info: zestaw TULAKOWY składa się z : dużej poduchy ( poducha o typowo angielskim wymiarze - tzw jamnik, czyli 40 cm na 75 cm) i sporego kocyka. Materiał wykorzystany do tulaków to gruby polar, LWY, które są motywem przewodnim również uszyte zostały z polarów w klku kolorach - pomarańcz, ecru, jasna zieleń. Nie ukrywam- motywy lwie i napisy to tzw KORALIKI....czyli drobnica, dużo roboty i czasochłonne....ale czego nie robi się dla swoich dzieci:):):) prawda? A szczegóły LWIEGO zestawu TULAKOWEGO zobaczcie sami. Co prawda zdjęcia nie oddają ani nasycenia kolorów ( w rzeczywistości są bardziej żywe), ani ogólnego wyglądu ( w rzeczywistości wygląda wszystko po prostu lepiej:):):), ale widać ogólna idee, więc - WUALA :) TADAAAAM!!!!:)






A jeśli ktoś by miał wątpliwości kto w naszej rodzinie jest KRÓLEM LWEM, to proszę:


RAAAAAAAAUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU :) :) :) dla wszystkich odwiedzających:)
(to był Leosiowy RYK :)

Poniższe zdjęcie wklejone jest dzień po napisaniu tego posta - TULAKI się sprawdziły!!!!!!!!:):):):):):) Na poduszce Leo sobie leży i ogląda książeczki, pije poranną kaszę, no i śpi:) A koc, ....no sami widzicie:)

poniedziałek, 5 października 2009

JAK dobrze mieć SĄSIADA...








Jak dobrze mieć sąsiada,
Jak dobrze mieć sąsiada,
On wiosną się uśmiechnie,
Jesienią zagada,
A zimą ci pomoże
Przy węglu i przy koksie
I sama nie wiesz, kiedy
Ułoży wam rok się.

Gdy furę zmartwień, kłopotów masz huk,
Do drzwi sąsiada zapukaj puk, puk,
Gdy spotkasz wrogów na drodze swej tłum,
Do drzwi sąsiada zapukaj bum, bum.

...

......i cóż by tu więcej napisać:):):):) Agnieszka Osiecka tekstem tej piosenki "powiedziała" po prostu wszystko. Ja dodam może od siebie tylko tyle, albo aż tyle, że mam WSPANIAŁYCH sąsiadów. Uzmysłowiłam sobie niedawno, że nie wspomniałam Wam o tym - a powinnam bez dwóch zdań. Bo bez ich obecności, dobrego słowa, uśmiechu, wspólnie wypitych kawek, naleweczek, zjedzonych grilli, obiadów i kolacji czy kiełbasek przy ogniskach - nie byłoby nam tu tak jak nam jest:):) Moi sąsiedzi sprawiają, że z większą radością wracam zawsze z wszelkich wyjazdów do domu, że rano chce mi się wyjść na spacer z Leosiem i psami i porozmawiać sobie z sąsiadami właśnie...a to na drodze, czy przy przysłowiowym płocie - tak po ludzku, o sprawach ważnych i sprawach błahych, że nie martwię się tzw. "problemami" dotyczącymi domu czy samego już życia na wsi - bo wiem, że tu ZAWSZE ktoś pomoże jeśli tylko jest taka potrzeba:), że z większą frajdą dbam o swój ogród - bo mam wsparcie innych zapalonych ogrodniczek:):):) itd..... nie zdołam wymienić wszelkich DÓBR nieocenionych, wnoszonych przez sąsiadów do naszego wiejskiego życia - tak wiele ich jest. Tacy sąsiedzi jak nasi, dają poczucie bezpieczeństwa, wspólnoty, i sielskości:) I wszystko dzieje sie tu OT tak zwyczajnie.....nie dzwonimy do siebie - zapowiadając się na kawę, po prostu się na tę kawę idzie, bo akurat po drodze i już:) Nikogo nie dziwi, że gospodyni przyjmie Cię w gumiakach i z uwalonymi ziemią rękoma, bo akurat sadzi funkie - ......funkie poczekają:), kawa z sąsiadem ważna rzecz przecież :):) A tak na serio - udało nam się zamieszkać w miejscu, gdzie mieszkają inni LUDZIE - prawdziwi LUDZIE z najprawdziwszymi uczuciami:)
Kiedy słyszę od moich znajomych, że nie znają swoich sąsiadów zza ściany czy z piętra, lub mijają się na klatkach schodowych często bez zwykłego "dzień dobry"...to aż trudno mi w to uwierzyć!!! A pamiętacie te dawne wizyty po przysłowiową szklankę cukru, które to często gęsto kończyły się pogaduszkami przemiłymi:)?....Teraz chyba mało kto ma czas na taką szklankę cukru u sąsiadki....Albo, być może, zaczynamy być społeczeństwem wyalienowanych rodzin, MY - tylko sami dla siebie??? ......Być może też brakuje najzwyczajniej dobrej woli, albo zmienia sie nasza mentalność narodowa.....Ja wiem jedno - JAK DOBRZE MIEĆ SĄSIADA:) Takiego jak za dawnych lat - ze szklanką cukru, dzień dobry, uśmiechem, zaufaniem i szczerą sympatią. Jolu i Andrzeju - nie mogliśmy wymarzyć sobie bardziej życzliwych ludzi obok:) Wiemy, że nas tu podczytujecie - więc mimo naszych codziennych spotkań - wysyłamy też Wam uściski blogowo wirtualne:):):) ...i ściskamy też cała naszą pozostałą sąsiedzką brać:):):) Nie będę wymieniać wszystkich z imion - bo trochę tych DOBRYCH sąsiadów jednak mamy:):) Ale bardzo ciepło Was wszystkich pozdrawiamy i dziękujemy - za to że jesteście tacy, jacy jesteście.:) I właśnie Wam dedykuję dziś tę oto cudną Alibabkową piosenkę:):):)
POSŁUCHAJCIE:)
***
A idąc dalej muzycznym tropem:

"Światem zaczęła rządzić jesień,
Topi go w żółci i czerwieni,....."

Z tą jedynie różnicą, że ja wcale nie chcę uciec od jesieni - bo jest za PIĘKNA!!!!! :) Nawet Czabrang widzi jej magię - założę się, że patrząc tak ostatnio przed siebie podziwia po prostu krajobrazy, ...bo kto powiedział, że psy nie maja poczucia estetyki???:):)

Życzę Wam pogodnego, jesiennie - słonecznego i obfitującego w miłe sąsiedzkie spotkania - UDANEGO TYGODNIA!!!!!:)


poniedziałek, 28 września 2009

Klamerkowe ramki i SIŁA genów - czyli dary od rodziny?

Mój Paweł lubi przytaczać powiedzenie, że "starość zaczyna się wtedy, gdy przestajemy planować, a zaczynamy wspominać:)" I jeśli to rzeczywiście prawda, to jestem chronicznie stara od dzieciństwa. Co prawda planuję sobie owszem różne tam plany zaplanowane :), ale odkąd pamiętam także WSPOMINAM. Jako mała dziewczynka robiłam SEKRETY pod drzewami (wiecie o co chodzi???) wkładając tam spisane wspominki z wakacji, lub co mi się przydarzyło ciekawego w danym dniu czy tygodniu. Myślałam sobie wtedy, iż jako dorosła już osoba odnajdę te sekrety i POWSPOMINAM właśnie:) Zobaczcie - jako 7, 8 latka wiedziałam już , że będę wracać do przeszłości:) Co prawda za diabła nie potrafiłabym dziś odnaleźć pozakopywanych sekretnych szkiełek - ale sam dziecinny zamysł jest godny WSPOMNIENIA w tym oto poście, nieprawdaż????:):):) Jakkolwiek byśmy się odcinali od przeszłości i jakkolwiek nie próbowali od niej uciec - i tak w głębi duszy wiemy wszyscy, że to nie jest możliwe... Prościej chyba byłoby sprawy bolące spróbować oswoić a te cudowne utrwalić - choćby wracając wieczorami do rodzinnych fotografii. Ja mam ich sporo - niektóre są naprawdę bardzo stare i prawie że siłą wyciągnięte od mojej mamy:):):) ( z obietnicą zeskanowania i oddania oryginałów:) Patrzę więc na te zdjęcia, z których prababcia wymienia spojrzenie badawczo a młodziutka babcia Zosia uśmiecha się zalotnie....ile w tych zdjęciach ŻYCIA!!!!! Tego najprawdziwszego, pachnącego latem, wiatrem, miłością i tragedią.... Słyszę stukot końskich kopyt, śmiech dzieci, nawoływania....... Ile w tych zdjęciach mnie samej...i naszego synka......Historia rodzinna toczy się bowiem dalej, niczym rzeka niesie ze sobą nasze losy. Siła genów sprawiła, że Leoś należy już nie tylko do mnie i Pawła...ale do całych naszych rodzin. Jego mała osóbka połączyła losy pokoleń setek ludzi z Mazowsza i Podlasia....czy to nie jest magiczne??? Jesień to świetna pora na rekonesans naszych rodzinnych historii - ja zaczęłam od wyeksponowania ważnych dla mnie zdjęć, czekam jeszcze tylko na fotografie od mamy Pawła. Żeby nie było sztampowo i za normalnie:) wymyśliłam sobie ramki klamerkowe - dają one możliwość szybkiej wymiany zdjęć kiedy się chce i jak często się chce. Ot, takie pranie z historii:):) Za tło posłużyła mi EKO tektura falista:) o cudnym kolorze pakownego papieru:), klamerki zaś są z bukowego drewna - w stanie surowym. Ramki - jak to u nas, stare raczej bardzawo:) i odnowione po prostu. Bejca ramkowa w kolorze mahoniowym i liźnięta na koniec ciemnym orzechem. Zdjęcia bardzo stare, więc zostaną zeskanowane i wydrukowane na grubszym papierze - grubości mniej więcej wizytówki - żeby sie nie zawijały. Na razie wiszą cenne oryginały.
Kącik klamerkowo ramowy zrobiłam w piątek, w niedzielę zaś - jak za sprawą czarodziejskiej różdżki mieliśmy w domu cudownych gości - odwiedziła nas lwia część rodziny Pawła:) a wisienką w torcie był dla nas stryj Henryk i Tadeusz, których ja miałam okazję dopiero poznać:) I wiecie co....to była jedna z najmilszych niedziel rodzinnych, jaką jak dotąd przeżyłam, a w stryju się od tej niedzieli durzę platonicznie po prostu i kropka :):) Kochani - bardzo serdecznie Was pozdrawiamy i dziękujemy jeszcze raz, że zechcieliście nas odwiedzić. Tadek - pamiętaj wyściskać od nas swoje dziewczyny:)
Ta niedziela uświadomiła nam z Pawłem, że poza genami rodzina przekazuje nam coś jeszcze - SIŁĘ, poczucie bezpieczeństwa, tożsamość i RADOŚĆ, z tego, że ma sie bliskich na których można liczyć, z którymi można pogadać naprawdę szczerze i po ludzku, pokłócić sie nawet, aby sie potem pogodzić:), poradzić.....pochwalić sukcesami i podzielić porażkami. Że nie jest tak idealnie, być może powiecie, że nie wszyscy są szczerzy, dobrzy i godni....Oczywiście, że tak....ale wierzę w to, że każdy z nas ma w swojej rodzinie wartościowych, cudownych ludzi i że warto o nich pamiętać.....wtedy jak żyją. Nasze niedzielne spotkanie dało nam kopa energetycznego do tego, żeby nawiązać zaniedbane niestety kontakty z naszymi rodzinami - głownie tymi dalszymi...kilometrowo. I jeszcze jedno: PRECZ Z SMSowymi ŻYCZENIAMI na Świeta!!!!, precz z EMAILOWYMI życzeniami na święta !!!!Przesyłanie życzeń do bliskich nam osób tą droga jest uwłaczające - nawet nam samym, nie mówiąc już o adresatach, bo nie wierzę w to, że nie stać nas jako LUDZI na nic więcej jak tylko na "WYŚLIJ DO WSZYSTKICH". Już w zeszłym roku wysyłaliśmy karty pocztowe do rodziny i przyjaciół - nie zdążyliśmy jednak wysłać do wszystkich. W tym roku chcę karty zrobić sama i dużo wcześniej, i mam nadzieję , że będą dla naszych bliskich miła niespodzianką/
Ale - wracajac już - ( zauwazyliscie jak często zdarza mi się w postowaniu wtrącnąć jakieś tematyczne aluzyjki:):) ????- do klamerkowego tematu, oto nasz rodzinny kącik:







W piątek także WRESZCIE pomalowałam i zamontowałam dużą ramę , która już 2gi rok czekała na swoje miejsce w naszym domu. Ramę najpierw zawoskowałam, potem pobieliłam, do kompletu tą samą metodą pomalowałam stary wieszak drewniany, na którym wiszą już woreczkowe suszone zapasy - i zrobił sie taki oto kąt. Planowo w ramie zawiśnie zdjęcie lawendy wykonane o świcie....a na razie sama zainteresowana w postaci bukietów zawisła sobie ot tak:). Zwracam uwagę pszeszanownych:) oglądających na krzesełko Leosiowe. TAAAAAK, Leoś przesiadł się z krzesełka bobasowego na krzesło doroślaka:)...nooooo...prawie doroślaka:) I znów - od tematów rodzinnych nie ucieknę, bo krzesło to ma bagatelka 40 lat:):) i sam Leosiowy tatuś i tatusia siostra czyli teraz ciocia, kiedyś z niego korzystali:) Paweł z anielską cierpliwością, ( którą to mam nadzieję przekaże w genach synowi, bo na mnie nie można tej materii liczyć :), szlifował krzesło kilka godzin, a potem następne kilka je woskował.....Ale efekt, jak dla mnie, jest bardzo zadowalający:)



Nie może zabraknąć w dzisiejszym poście LEO - jak na razie ostatniego ( ale mamy nadzieję, że nie na długo:) genetycznego ogniwa naszych rodów:) Czyli - od Leonka dla wszystkich - z nowego tronu - A KUKU :):)!!


I tak jak już wcześniej w komentarzach obiecałam, potwierdzam jeszcze raz - postaram się jakoś za niedługo zamieścić post JAK TO SIĘ ROBI z wiankami mchowo wrzosowymi.
Pozdrowienia jesienne ślę - Wasza zauroczona stryjem:) i rodzinnie pozytywnie naładowana :) ZIELONA CZÓŁNOWA :):)

czwartek, 24 września 2009

FERRARI w lesie i KTO nas OCHRANIA???:)

Ja jednak, jak widać powyżej, kocham wrzesień:):)...Ale od początku. Rano przyszła do nas JESIENiowa i mówi - a chodźże dziewczyno na spacer, bierz małego, szykuj mu furę i pójdźmy do lasu. Taki piękny dzień!!!!, że grzech w domu siedzieć....Spojrzałam przez tarasowe drzwi:

No rzeczywiście, słońce posmyrało po twarzy, wiaterek pogilał w szyjkę - IDZIEMY:):) I poszliśmy:) Jako że chwilowo CZOŁG prezesa jest nieczynny (nieczynność występuje w postaci przebitych na amen opon), musieliśmy zapakować Leosia do jego FERRERI :) czyli środka lokomocji wersji miejskiej....Pojechaliśmy sobie hen przed siebie, ja, Leoś no i JESIENiowa ma sie rozumieć. I zupełnie nie rozumiem, czemu ja durna nie posłuchałam intuicji i wjechałam tym wózeczkiem w sam środek lasu...bo wjechać jeszcze dałam radę - zaparłam sie i dałam....ale wyjechać???!!!!!!! Kółka zakopane w mchu..... Matko z córką - myślę sobie, no ugrzęzłam w tym borze, jeszcze syna się nie doradzę nic w sprawach technicznych (roczniak, że roczniak, ale to jednak zawsze facet), bo syn sobie akurat zasnął......Już miałam z paniki uronić łzy histerią podszyte, ale JESIENiowa nerwy miała ze stali i w te słowa mnie do pionu ustawia: AJ TAM, dziewczyno, zluzuj sie trochę, w cudnym lesie jesteś, pogoda jak marzenie, syn śpi, no czyż może być piękniej? A jeśli sił nie masz na pchanie wózka - to poczekaj, zaraz ja Cię na duchu podniosę... no niech tylko spojrzę, zaraz, zaraz... pamiętam , że ostatnio właśnie tu widziałam....O SĄ!!!!!!!!!!!!....Panowie BORowiki!!!!!!:):):) Patrzę i ja - no rzeczywiście, chłopy jak dęby przysłowiowe, tak wielkich jeszcze nie widziałam jak żyję!!!! Noooooo....z taką ochroną to w lesie nic mnie nie ruszy:):) Pełna wigoru JAK nie pociągnęłam ferrari, JAK nie poszłam do przodu - niczym burza!!!! :):) I wróciłam w asyście BORowikowej do chałupy, po drodze jeszcze zbierając kupę "smiecia uroczego" - czyli wszelakich suchelców, mchów, dzikiej róży i takich innych tam koleżków:):):) A gdy wjechaliśmy wreszcie na działkę, to miejski środek lokomocji wraz z właścicielem wyglądał tak:

Długo jednak sie nie nawyglądał, bo po małej chwilce Leoś się obudził, od razu zauważając Panów BORowików, co to nas całą drogę ochraniali....:):) Spodobali mu sie bez dwóch zdań:)

A dużo ich było!!!......oj na brak "ochrony" to nie mogłam dziś narzekać:)


Wałek najpierw patrzył z podejrzliwością na "przywleczonych" przez nas gości, a potem legł w dzikiej róży z rozkoszną minką- że to niby go plecki swędziały i kolców różanych drapanie nie ma sobie równych...Ale ja tam i tak swoje wiem, że Wałek jest po prostu estetą i chłop, że chłop, ale czasami musi tez pofisiować sobie z ozdóbkami:):):)

Ja tez pofisiowałam. Natchniona wczoraj przez Elizę z UTKANE Z MARZEŃ, ze swoich naściąganych śmieci porobiłam ozdoby takowe: Wianek na drzwi do mojej pracowinki ( nie nazwę tego pracownią, bo pokoik jest tak mały, jak pesteczka od porzeczki:)

WIANEK SERCE jest dość duży, robiony na bazie gałęzi brzozowych; za wypełniacz posłużył mech i gałązki żarnowca, wykorzystałam tez suchelce wszelakie, gałązki dzikiej róży z owocami. Kolorystyka zielona z elementami czerwieni,
OTO EFEKT:




Drugi z wianków, KOMINKOWY, jest po 1. większy , a po 2. w zdecydowanie lżejszej formie jak i kolorystyce. Witki brzozowe znów się przydały, a gałązki wrzosów trafiły nad kominkową belkę:)

WIANEK KOMINKOWY robiony również na bazie gałęzi brzozowych; za wypełniacz posłużyły suszki białe, gałązki berberysu, wrzosu,mrozu, kwiaty rozchodnika i gałązki żarnowca.
Kolorystyka blady róż z elementami bieli i fioletu"lila":),

OTO EFEKT:



A jeśliby ktoś z Was moi mili się zaciekawił czasem, co tam mi wisi przy tym kominku w woreczkach:):) , to odpowiadam nie pytana:)

Grzybki suszone wiszą:)


I owoce suszone wiszą, na tym zdjęciu akurat gruszki:)

A Panowie BORowikowie też już wiszą na linkach - obok woreczków:)

I co....?....Fajnie mieć taką JESIENiową za sąsiadkę...., prawda?:):):):)

wtorek, 22 września 2009

JEŚLI chcesz być SZCZĘŚLIWYM człowiekiem...

Żyj w zgodzie z przyrodą - korzystaj z jej siły i piękna.



Nie pracuj tyle....ODPOCZYWAJ jak tylko możesz najczęściej -
zasługujesz na to:)



Śpij ......dużo i spokojnie....:)



Wierz w swój talent i swoje możliwości,
mierz wysoko ale bez motyki na słońce:).



Małe i niepozorne tez jest piękne....pamiętaj o tym.


Kup sobie FERRARI, choćby miało być polonezem:):)
Nie ma to jak pogmerać przy własnym aucie:)...albo wydziergać sweterek, słowem FAJNIE MIEĆ HOBBY:)



Dbaj o swych Przyjaciół.



ŁAP WIATR W ŻAGLE!!!!
Czasami po prostu trzeba sie przebiec i przewietrzyć myśli:):):)



Podążaj swoją drogą, i uwierz, że jest to TA właściwa...i na wskroś TWOJA.

A tak w ogóle....złap do siebie samego dystans:):):) I porób głupie miny:) TERAZ!!!!!:)

Miałam dziś TYLE zrobić, miałam zbudować suszarnię na grzyby, pomalować kosz, skończyć wreszcie powidła.....Leoś miał jednak inne plany względem dzisiejszego czasu:) Zabrał mnie na dwór i pokazał wyrażnie co jest WAŻNE.......I wiecie co????......a co mi tam suszarnia:)!!! Przekazuję zatem tajemną wiedzę o szczęśliwości - od małego człowieczka dla WAS:):)
Specjalne pozdrowienia machamy dla Asi, którą dziś telefonicznie poznałam:):):), dla Jagódki, z którą tak twórczo popaplałam o milionie ważnych i mniej ważnych sprawach i dla Ignasia - już On wie dlaczego:):):)






piątek, 18 września 2009

SINGERY się panoszą :) a WRZOSY w roli głownej













Ostatni post wywołał lawinę maili na moją skrzynkę. Chciałabym Wam za nie bardzo podziękować - i za tak ogromne zaufanie którym zostałam obdarzona...Bardzo mocno za Wszystkich Was trzymam kciuki!!!!

***
Dziś chcę wprowadzić w klimat blogowych jesiennych dni trochę słońca i optymizmu:) Dlatego poskrobię z radością o mojej romantyczno nieuleczalnej miłostce:) O SINGERACH....Ot maszyny zwykłe do szycia powiedziałby ktoś, ot graty stare.....O nie, nie.....kochani.....Ja posądzam je o rozprowadzanie MAGI!!!!najprawdziwszej!!!:):) Bo czyż nie jest tak, że gdziekolwiek się nie pojawią, wprowadzają swoja obecnością otoczkę czysto baśniową....???? Czyż nie jest tak, że obok tej maszyny NIE DA SIĘ przejść obojętnie?? Musisz zerknąć choćby..... Nie wiem jak Wy - ale ja nie potrafię być odporna na ich piękno. Dlatego też zapewne mamy w domu 4 singery, a 5ta jest w drodze:) Dwie z moich maszyn to pamiątki po kochanych babciach. Kolejną kupił mi brat w antykwariacie maleńkim w Walii, następne 2 wyszperałam sama........Jeśli ktokolwiek z Was zastanawia się czy to koniec kolekcji - od razu odpowiadam, że na pewno NIE :):) Co prawda mój mąż z lekkim zaniepokojeniem zawsze zadaje to samo pytanie: A GDZIE TO BĘDZIE STAŁO??????, ale jest na tyle kochany, że w końcu jakoś tak razem owo miejsce znajdujemy dla nowego lokatora. Singery maja to do siebie , że jak już Ci wlezą w domowe kąty to się panoszą bez żenady żadnej:) Stoją dumne ( bo i maja powody do dumy - w końcu od bagatela 1850 roku raczą nas swym pięknem), i w cokolwiek nie zostaną przyobleczone - z godnością arystokratyczną znoszą nowa rolę......stolik kawowy - PROSZĘ, stolik pod telefon PROSZĘ, szafka pod umywalkę łazienkową - CZEMU NIE, legowisko kocie - NO JAK TRZEBA.....maszyna do szycia - TAAAAAK:):):) one jeszcze nadal szyją!!!!!!!
Do mojej zorganizowanej grupy SINGERÓWEK doszła ostatnio maszyna w spadku od babci Stasi. Jest do odrestaurowania - i głowica i nogi. Myślę, że raczej wiosną się za nią wezmę. Chciałabym poświecić jej wystarczająco dużo uwagi, bo na to po prostu zasługuje, a potrzebuję do tego ładnej pogody, spokoju i czasu.....czyli wszystkiego, na co teraz mam ostry deficyt. Jednak tak żal mi było trzymać ją w ukryciu - że postanowiłam choć na chwilę pokazać ją światu - przynajmniej temu naszemu wiejskiemu:) Głowicę schowałam przed czynnikami zewnętrznymi do swojej pracowni, ale dół posłużył za jesienny dekoracyjny kwietnik tarasowy. I powiem szczerze, że jak na nią patrzę.....to słyszę bardzo wyraźnie swój dziecinny szczęśliwy śmiech, widzę dobrotliwy uśmiech babci, czuję jak głaszcze mnie po głowie, czuję smak zrobionej przez nią porannej kanapki i smak zsiadłego mleka pitego do młodych kartofelków......Rozczula mnie widok TEJ maszyny u mnie w domu......Maszyna od drugiej babci - Zosi, to ta, na którą czekam......i wiem po prostu, że przywiezie ze sobą przepiękny babciny śpiew o zielonym jaworze( piosenkę tę nucę często pod nosem odkąd mieszkam na wsi:), przywiezie podpłomyki , które z taką ochota sama kładłam na kuchenkę, smak czereśni, wiśni i morelek z sadu, audycje Matusiaków, i babcine utulenie na dobranoc - z butelką gorącej wody w stopach...... I kiedy i ta maszyna wreszcie do mnie dotrze, będę miała we własnym domu - i jako dorosła już kobieta - komplet najprawdziwszego szczęścia zaczerpnięty prosto z cudownych(dzięki moim najukochańszym babciom) dziecinnych dni. A z TAKIM kompletem szczęścia za pazuchą...to ileż człowiek dopiero może przekazać radości i miłości własnym dzieciom,.... prawda???????
Ze wspominkowymi pozdrowieniami, z garścią śmiechu zaczerpniętego z przeszłości, z nuconym zielonym jaworem, stukotem singerowskiego rytmu i zapachem domowych powideł - CZARUJĄCEGO weekendu wszystkim życzę:)

piątek, 11 września 2009

JESIEŃ budzi depresję, MURUJĘ i czemu PĘDZIMY ZA KASĄ?







Dzisiejszy post zdecydowanie jesienno dywagacyjny....A wiele sytuacji i obserwacji się złożyło na moje przemyślenia. Ale zacznę nie od pytań bez odpowiedzi, a od....prac w ogrodzie. Wzięłam się bowiem za murarkę - tak, tak....za murarkę powiadam:):) Postanowiłam wymurować sobie rabaty - wykorzystując: przerażająco wielkie kameloty, mniejsze kamelotki i kamelociki....tego bowiem budulca na Kaszubach jest w bród....Jak na mój gust za dużo nawet - żeby założyć tu jakikolwiek ogród musieliśmy najpierw nawieźć tony ziemi ogrodniczej.....Wzięło mnie więc na jesienne tworzenie...koryt dla roślin:) Jak wiecie - mamy 2 psy....i mogę sobie pomarzyć o roślinach rosnących bezpośrednio na ziemi - Czabrang z Wałkiem zasikają je w pierwszych dniach po posadzeniu....Ileż ja tu już straciłam roślinek....chyba nie dałabym nawet rady zliczyć. Postanowiłam więc, że wezmę gady (czytaj nasze psy) sposobem. Zrobiłam prawie wszystkie rabaty z kamelotów, a ostatnio własnoręcznie zbudowałam skalniak gigant. Kameloty podstawowe w skalniaku mają po 70 - 80 cm wysokości!!! i tyleż obwodu, i nie pytajcie jak ja je turlałam...bo sama jak na nie patrzę, to nie wierzę, że dałam radę. Skalniak, jak to skalniak - za rok będzie wyglądał dobrze, jak się roślinki rozkrzewią. Narazie mam pojedyncze nasadzenia rojników i innych skalniakolubnych....i zaczynam czekać:):) niech sobie rosną. A ja przyznaję się bez zbędnej kokieterii - jestem huraganem jeśli chodzi o pracę w ogrodzie. Zaczynam coś robić i żeby nie wiem co się działo - MUSZĘ jak najszybciej skończyć, najlepiej tego samego dnia - a jak się już nie da , to z bólem - następnego. Skalniak robiłam 2 dni, a udało się to dzięki jednej kochanej sąsiedniej duszy, która wzięła mi Leonka na cały dzień. ŚWIĘTA kobieta:):):)I znowu - kilka ton ziemi, cała naczepa kamieni....a ja niby jedna....ale za to: krępa, mała, niewywrotna:):):):) Czy takie babki mogą nie dać rady????:):):):) DAJĄ. Jak powiedziałam więc w czwartek naszemu sąsiadowi, że się zabieram za murowanie rabatowego murka i ogromnej donicy...to popatrzył na mnie z lekkim politowaniem i żartobliwie wyjaśnił, że to nie dla kobiet praca jest. I że jak wróci - ( w niedzielę) to może zobaczy co tam narobiłam.....A ja go zawołałam za 4 godziny i pokazałam mój własnoręcznie wykonany murek:):) I żeby było jasne - z szalunkiem, jak się należy - żadna tam popierdułka:) Dziś na dobitkę wykopałam doły i zasadziłam 22 duże thuje....Ale nie będę kreować się tu absolutnie na tzw. babochłopa - i powiem jasno i dobitnie.....potwornie się narobiłam po prostu....co tu ukrywać, kopanie w piachu z kamieniami, tachanie krzaków, dźwiganie kamieni i dopasowywanie ich, rozrabianie betonu, .... TYRA....no po prostu TYRA...:)
Zdjęcia jakoś wyszły tak jesiennie....nie dałam niestety rady przywołać słońca. Ten niebieski ludek w krasnoludkowej czapeczce - to oczywiście Leo, nawet w deszcz musi być spacerek, nie ma to tamto.

***

A teraz - dywagacje będą o pytaniach często bez odpowiedzi.....O sens życia ma się rozumieć te pytania i o cel w życiu. Macie w sercach swój sens życia i cel???A zastanawialiście się kiedyś, czy można sobie żyć bez celu i bez sensu?? A co rozumiemy w tym przypadku poprzez słowo CEL??? I czemu dla tak wielu znanych mi ludzi celem w życiu są pieniądze?????CELEM powtarzam,.. nie środkiem do osiągania celów, ale CELEM. Bez hipokryzji - jestem przekonana że pieniądze są WAŻNE, - pozwalają przede wszystkim czuć się bezpieczniej i żyć z godnością. Tak, tak wiem....zaraz ruszy na mnie lawina oburzonych głosów - że biedni ludzie też godnie żyją. Owszem.....żyją być może tak, Z GODNOŚCIĄ znoszą ubóstwo.... ale czy noszą godność w sercach i myślach??, czy zasypiając nie chce im sie ryczeć z bólu i wściekłości , że nie maja np. dla dzieci jutro na jedzenie......????Czy zdarzyło Wam sie kiedyś, że podeszła do Was 80 letnia kobiecina i poprosiła o pieniądze na BUTY zimowe, pokazując dziury w podeszwach...??? Bo ja przeżyłam taką sytuację...i do końca życia nie zapomnę UPOKORZENIA, które widniało w jej spojrzeniu. I odnośnie BIEDY - ....co poprzez nią rozumiemy?? Kto jest biednym człowiekiem??? Jakże to słowo dla wielu z nas oznacza coś zupełnie innego.....prawda???Uparta będę jak osioł- pieniądze są ważne.....ale NIE NAJWAŻNIEJSZE przecież!!!!!!!! Dlaczego więc tak wielu ludzi GONI bez opamiętania za kasą????? Gdzie jest granica między zarabianiem w celu utrzymania rodziny i czucia się właśnie bezpiecznie w świecie, a GROMADZENIEM??? Obrzydliwość mnie bierze, jak jestem zapraszana do kogoś ....bo ma do pokazania nowy samochód, nowy dom, nowy telewizor na pół ściany, i czeka na moją reakcję.... Albo kiedy ktoś dzwoni do mnie TYLKO wtedy, kiedy chce się pochwalić co sobie właśnie KUPIŁ, albo kiedy ktoś odwiedza mnie bez uprzedzenia i tylko po to, żeby mi przejrzeć wszystkie kąty w domu - nie siadając nawet by wypić herbatę!!!!!!!, bo kupuje właśnie dom i wypadało by sie upewnić , że będzie to coś lepszego od tego co my mamy!!!!!! Albo kiedy ktoś pyta: co u Was?, ale zanim zdążysz otworzyć usta z prędkością karabinu maszynowego zarzuci Cię informacjami gdzie był na wakacjach i ile to kosztowało. (Ilu z Waszych znajomych, tak na marginesie, ma w swoich zdjęciach na naszej klasie fotki podpisane : Majorka 2007, Egipt 2008, Grecja 2009.....???????? i tak wkoło Macieju) Wszystkie te sytuacje są autentyczne. I naprawdę znam takich właśnie ludzi.......A tak piszę dziś o tym, bo coraz częściej widzę , że dużo osób czuje sie LEPSZYMI, bardziej wartościowymi, kiedy stoi im za plecami KASA - choćby pożyczona z banku, ale KASA. I teraz pytanie - czy to objaw naszych czasów, szybkiego tempa życia, konsumpcjonizmu i zwierzęcych reguł życia??? Czy może objaw przegranej wysokich idei kontra przyziemnych potrzeb? Jestem ciekawa co o tym sądzicie...i czy tez wam czasami po prostu, najzwyczajniej na świecie smutno, kiedy patrzycie na swoich znajomych czy rodzinę.....Bo mnie tak. I smutno mi też, kiedy dowiaduję się, że kolejna bliska mi osoba ma depresję....Dokąd my biegniemy w tym życiu....Jaki jest ten nasz CEL....Czy na pewno chcemy BIEC ze wszystkimi? Czy oczekiwania wobec nas - wszechobecne i atakujące nasze dusze można pokonać - nie ulec im??? Szacuje się, że w Polsce na depresję choruje 1,2 - 1,5 miliona osób, czyli co 10 osoba w kraju cierpi na różnego rodzaju zaburzenia depresyjne, ale 50-60 % spośród nich nie korzysta z pomocy lekarskiej. Wg lekarzy - powodem tak dużego wzrostu zachorowań jest przede wszystkim tzw. "wyścig szczurów" - dążenie młodych ludzi do kariery, sukcesów zawodowych, posiadania coraz to nowszych, droższych dóbr materialnych. W wyniku tego wielu Polaków zatraca się w swojej pracy, zatraca się w kredytach, odczuwa ciągły stres związany z możliwością utraty tejże pracy - a tym samym niemożliwością spłaty zadłużeń. Dorównanie innym oraz spełnianie ogólnie przyjętych oczekiwań....to główne powody podawane przez samych chorych, które wywołały u nich depresję...ale nie jedyne. Długotrwały stres, strata kogoś bliskiego, niepowodzenie - miłosne, zawodowe.....to też WYWOŁYWACZE tej choroby...Czemu piszę o depresji akurat teraz i akurat w kontekście pogoni za pieniądzem? Bo widzę , że coraz trudniej jest nie uczestniczyć w tym biegu.....nacisk społeczeństwa na życie w dostatku ( choćby na tzw. krechę) jest tak duży, że jeśli nie chce się dostosować do tego owczego pędu jest się postrzeganym za dziwaka - bo jak to można nie mieć telewizji w domu?????? jak to można nie zmieniać co kilka lat samochodu???? I nie chcieć mieć srebrnego "wystrzelonego w kosmos" sprzętu grającego????.......
***
Jesień nie puka do moich drzwi - Ona JUŻ siedzi na fotelu przy kominku, pije herbatę z cytryną i zaprasza do rozmyślań....W/g statystyk to właśnie jesień najczęściej ze wszystkich pór roku wywołuje depresję...Kiedy za oknem szaruga i zimno a dzień tak krótki ...jakoś trudniej jest walczyć z codziennością i udawać, że wszystko dobrze.....Prawda?... Jesieniami wyciągam lustro - do rozmowy szczerej.....o rzeczach ważnych.....o CELU i sensie.....

niedziela, 23 sierpnia 2009

BŁOGOSTAN bez dwóch zdań:)










Lato rozsiadło się w ogrodzie, na pożegnaniu głaszcząc trawę Pszczelim zaśpiewem... po cichutku... ot, dojrzewa sierpniem do podróży...
***
.....oj tak, dziś był cudny, pełen prawdziwego letniego słońca dzień. W taki czas jak dziś...nawet świerszcze jakoś odświętniej grają. I mimo, że późnym wieczorem powietrze zesmagało mnie chłodem zgoła mało letnim....i tak mam poczucie minionego dnia błogiego - prawdziwie sierpniowego. Fajnie się z nami żegna lato w tym roku:)

***
Niedzielą cudną, gdzie cała rodzinka w komplecie i pod ręką:), to aż mi się chciało coś fajnego upichcić na obiadową porę - upichciłam więc na prędce - jak to ja:) - udziec z indyka w rozmarynie, placuszki cukiniowe, surówkę porową, i kopytki:) Placuszki cukiniowe jako fajny zamysł kucharski przywiozła do naszego kucharzenia Madzia ze Sławkiem i Ignasiem prosto z Torunia:) Ale żeby nie było za prosto, i aby pozbyć się z nich mąki, której staram się w kuchni używać jak najmniej, placuszki zmodyfikowałam na nasze potrzeby. A biorąc pod uwagę PONAGLENIA zażarte :) o przepis, którymi zostałam ostatnio zasypana po fakcie pokazania zapiekanki cukiniowej, wystawiam od razu, nie czekając tym razem na baty:) oto ten krok po kroku:

*PLACUSZKI CUKINIOWE z sezamowym słówkiem*

1 średnia cukinia, 20 dkg sera żółtego miękkiego, 4 łyżki sezamu, 3 łyżki otręb pszennych,3 łyżki bułki tartej, 2 jajka, posiekana nać pietruszki - my lubimy dużo:), szczypta imbiru (malutka) ,pieprz, sól, gruszki. Mąka - żytnia jeśli już i jeśli naprawdę masa nie będzie się trzymać - ale powinna.

Cukinie ścieramy na tarce na grubych oczkach, tak samo jak i ser, do tego wrzucamy resztę składników i mieszamy na gęstą masę. Na patelni rozgrzewamy oliwę zmieszana z olejem - i jak będzie już bardzo gorąca nakładamy łyżką placuszki...raczej nie za duże...Po usmażeniu podajemy na zieleninie - ja akurat użyłam sałatę i nać pietruszki, a do placuszków dodajemy GRUSZKĘ - bardzo fajnie komponuje się z nimi smakowo:) No i SMACZNEGO:)

* UDZIEC indyka w rozmarynowym nastroju*

Udziec indyka, najzwyklejszy na świecie:), natrzeć mieszanką: soli, pieprzu, karkumy i kolendry. Jak już będzie obtoczony w tych przyprawach - na sam koniec porządnie natrzeć go rozmarynem...oczywiście najlepiej jakby był świeży, ale jeśli nie macie - może być też suszony, też przepięknie pachnie. Niech udziec poleży tak natarty około pół godziny. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz (oliwa plus olej) i wrzucamy na to udziec - obsmażamy z obu stron, dzięki czemu duszone już mięso nie straci kruchości i będzie soczyste. Obsmażony udziec kładziemy do naczynia, do którego wlewamy tłuszcz ze smażenia - troszkę!!!tego tłuszczu, dolewamy wody, wsadzamy pokrojone w grube plastry ziemniaczki oraz pokrojone kawałki marchewki i dusimy - wedle potrzeb tzn wielkości udźca. Jest naprawdę pyszny:)

*PORA na pora:) czyli surówka z miękkim porem*

Jeden duży por siekamy a następnie przelewamy go wrzątkiem - 3 razy:):) dzięki czemu mięknie i nie nadaje później naszemu oddechowi tak bardzo specyficznej ostrej woni:) Dodajemy do niego: pęczek rzodkiewek, kukurydzę, 5 ogórków - pokrojone wedle uznania.Solimy, pieprzymy odstawiamy na chwilę -jak puści soki odlewamy. Do tego 2 łyżki majonezu, czubata łyżeczka musztardy sarepskiej. Oczywiście mieszamy składniki, a potem to już tylko konsumpcja....ja tam bardzo lubię te suróweczkę:)

***
A na koniec - ... jakież mamy cudne jezioro pod nosem....dech zapiera po prostu. Zresztą sami zobaczcie. Kąpiel właśnie w takim, CZYSTYM, sierpniowym jeziorze zalanym słońcem..no co ja będę pisała...nawet Czabrang się wyluzował dziś maksymalnie:):)

Tak, to był po prostu cudowny dzień:)






środa, 19 sierpnia 2009

ZDOBYCZE świetliste, ZŁOTO w słoiki i PROCENTOWE zalewajki















Nie wiem jak Wy, ale ja zdecydowanie czuję jesień - pomimo teoretycznej "ładnej pogody". W ogrodzie liście czerwienieją na potęgę w coraz większych ilościach, nie mówiąc już o tych, które pospadały masowo na ziemię...Kwitną co prawda jeszcze lilie późno zasadzone, ale ja już widzę po prostu - idzie jesienna panna jak nic. Nawet powietrze ostrzejsze jest w smaku - takie "z pazurem" zapowiadającym przyszłe chłody....Tylko grzybów jakoś ani widu, ani słychu...a zawsze o tej porze już były i to w zorganizowanych grupach:) Wyciągnęłam cieplejsze swetry.... tak na wszelki wypadek:), Leo zaś kupiliśmy kaloszki:) A że padało ostatnio ciurkiem - przydały się jak znalazł....Swoją drogą śmiesznie tak... mały człowiek...w tych kaloszkach...ot, taki mini facecik niezdarnie poruszający się wśród rabatek:) albo odpoczywający po ogrodowym tournee:):) W trakcie tournee zrobiliśmy bowiem moc roboty - porządki nielubiane w rabatach( czytaj chwastom dziękujemy) no i ścięliśmy ostatnie zioła na suszki...Pachnie więc nam teraz w domu suszącą się mięta i melisą. A mini facecik ma jeszcze to do siebie, że zasypia w sekundę znienacka - bawi się, bawi...a potem PSTRYK i śpi na podłodze wśród zabawek....:) Oj rozczulił mnie ten widok:) Kocykiem nakryłam...i tak patrzyłam i patrzyłam na synka uświadamiając sobie, że dzień za dniem potęguje moją matczyną miłość.......Mięknę najzwyczajniej w świecie, mięknę w oczach :):)

***
Zbaczając z tkliwych rodzicielskich ścieżek - zdobyłam - po ROCZNYCH poszukiwaniach - podstawy lampek. Matko, ile ja takich szukałam!!!! I wreszcie MAM. Cztery - wysokie, smukłe, , o lekko kobiecym wcięciu:), ale nie przegadane - po prostu IDEALNE. Kloszy jeszcze nie mam - docelowo będą białe. Narazie ukradłam innym lampkom domowym klosze ecru, bo nie mogłam się doczekać:):) TAK - lampki są dokładnie takie, jakie miały być:):) Pobielone, wiotkie, i wprowadzają do wnętrza...chmmm.....jakiś taki babcino ciepły klimat. Się zadowolniłam tym zakupem BARDZO :) W ogóle lubię światło punktowe, to odgórne powoduje, że czuję się niczym na przesłuchaniu, a że Paweł podziela me preferencje - włączamy je w domu naprawdę bardzo rzadko. Lampki zajęły swoje zaszczytne miejsca - na parapecie w kuchni roboczej, na parapecie przy staruszku kredensie, na parapecie w salonie i na komodzie. Taki salonowo jadalny zestaw świetlany. Zakup ten umocnił mnie w przeświadczeniu, że warto czasami bardzo długo poczekać na coś co się "widzi" w głowie, a nie zadowalać sie dostępnymi na rynku masowymi rzeczami "od ręki":) po to tylko, żeby coś stało. Czasami to "coś" potrafi zepsuć cały klimat wnętrza.

***
No a żeby nie mieć tez dżemików "od ręki" prościutko z półek sklepowych:) porobiłam w tym roku własne - stoją w spiżarce niczym mała armia, dumnie wypinając swoje szklano słoikowe piersi - już one zimą pokażą, co to jest SIŁA domowego dżemu, już one pokażą:):):) - ( mnie już pokazały, gdyż haniebnie nie wytrzymałam i truskawkowy poszedł do spożycia.....rano...do kawki i drożdżówki:):):) Więc, wiem co piszę:):):):) Mirabelki czekają jeszcze na przerób, ale jakoś tak chce mi się zaszaleć i odskoczyć od tradycyjnego smaku dżemu mirabelkowego, więc w tym roku będzie z imbirem, chili, skórką pomarańczową kandyzowaną i cynamonem...OOOOO - taki sobie wymyśliłam mirabelkowy szał ciał:) No i oczywiście "się robią" naleweczki. Sosnówka już zrobiona, przerabia się jeszcze wiśniowa i orzechówka, no i zalałam płatki róży - już drugi słój:) Nalewka z płatków róż jest obrzydliwie babska:):) - pachnie romantyzmem i smakuje zakazaną miłością:). Taki napitek powinno sie spożywać bez pośpiechu, wspólnie, na zlocie najbliższych czarownic przyjaciółek:):) Trunek to magiczny, bo rozwiązuje języki i wprowadza nastrój magiczny:) Nie muszę chyba pisać, że takowe zloty babskie już przewiduję, choć nalewka jeszcze nie gotowa. :)

***
Ostatnimi dniami dotarło wreszcie do mnie - dosadnie dotarło - że pomimo mego wewnętrznego wygarniania sobie, a to że sie nie wyrabiam, że za mało zrobiłam twórczo; że może jeszcze dałoby rade to i to, a z remontem domu to może mogłabym zrobić jeszcze to i siamto.....Mimo żali do siebie samej, że nie zrobiłam tego i nie dałam rady skończyć tamtego i siego.....to tak naprawdę robie bardzo, ale to bardzo dużo. A uświadomiło mi to kilka babek, które mnie ostatnio odwiedziły - i potrząsnęły mną DIABELNIE MOCNO. Mało tego - potrafiły, wskazując odważnie, bo krytycznie, siebie same jako przykłady nic nierobienia- pokazać mi jak ciężko pracuję i ile tak naprawdę od początku roku zrobiłam: dla domu, dla Leo, dla siebie, dla naszej rodziny. Zdecydowanie nie jestem typem zahukanej myszki nie widzącej własnych plusów...a jednak......Czasami po prostu potrzeba obcego spojrzenia z boku i szturchnięcia wyraźnego- żeby siebie samego pogłaskać, pochwalić i dać buziaka w czółko.
Chciałabym więc Wam, moje przemiłe, inspirujące, szalone, pracowite, mądre, zdolne, utalentowane, skromne, interesujące, magiczne, jedyne w swoim rodzaju twórcze BLOGERKI, podziękować - za natchnienie które mi dajecie powielokroć, za śmiech szczery, który niesie sie po moim domu nie raz i nie dwa kiedy Was czytam, za to, że każda z Was jest tak bardzo INNA i tak wiele mogę z niej czerpać:):):)
Oto moje szturchnięcie dla WAS:) Tak na dobranoc.

sobota, 15 sierpnia 2009

MALUSZKOWNIA czyli bazarek z SECOND skarbami dla najmłodszych



DRUGIE ŻYCIE rzeczy

Uwolnij w świat dziecięcy sweterek, zabawkę, książeczkę:) Jeśli Twoje dziecko nie korzysta już ze swoich ubranek bądź zabawek - przekaż je za symboliczną cenę innym rodzicom oraz sam kup coś używanego i nadaj tym samym owej rzeczy DRUGIE ŻYCIE:) Chronisz środowisko a przy okazji porządkujesz swoje szafy:) Warto być EKO rodzicem:)

Tak powitałam dziś wszystkich zaglądających do MALUSZKOWNI
czyli założonego przeze mnie EKO bazarku z używanymi skarbami ze świata dziecka.
Tak sie bowiem składa, że mamy w domu tak dużo super ubranek, z których wyrósł już Leo, iż postanowiłam uwolnić je właśnie w świat do innych dzieci:):) Czemu EKO bazarek? Bo mojej rodzinie bliska jest idea ochrony naszego świata(zresztą przed nami samymi), zaś w tej ochronie maluczkim punktem jest właśnie wielokrotne korzystanie z wyprodukowanych przez człowieka dóbr - ubrań, mebli, sprzętu technicznego. My jesteśmy ZA!!!:):)
Tak naprawdę każdy może stać się EKO mieszkańcem świata:)
Wystarczy tyko zmienić kilka nawyków z naszego życia...np
.: kupować rzeczy wyprodukowane z surowców wtórnych, unikać artykułów jednokrotnego użytku (te cholerne torebki foliowe), oddawać ubrania do sklepów z używaną odzieżą - np. do bazarków właśnie typu Maluszkownia, oraz kupować ubrania w takich miejscach, nie zmywać naczyń pod bieżąca wodą,ani nie myć zębów z lejąca się wodą z kranu, kupować ekologiczne środki czyszczące i produkty spożywcze ....oj długo by wymieniać.
Nie chcę w tym poście rozpisywać się na tematy ekologiczne, bo musiałabym siedzieć do rana i budzić Pawła w celach konsultacyjnych( jest On naszym domowym GURU ekologicznym:) , Dziś chcę jedynie zachęcić Was - rodziców:) do skorzystania z Maluszkowni.
Uwolnijcie w świat skarby waszych pociech:) i złapcie dla nich skarby od innych dzieci:):):)

piątek, 14 sierpnia 2009

W 2 GODZINY :) no i jak to było kiedyś sierpniowymi dniami




Co młoda mama ( czyli ja:) jakby sie ktoś zastanawiał, zwłaszcza nad słowem "MŁODA" :):):)- może zrobić w 2 godziny, kiedy syn raczy zasnąć????......Najpierw 7 razy sprawdza czy syn na pewno śpi....bo jeśli tylko markuje - to bez sensu zaczynać cokolwiek. No i owszem śpi, więc młoda mama -rusza z dobrymi chęciami w swoją SAMOTNIĘ:) No...tak, zapomniała by...zanim ruszy w samotnię - jednak najpierw musi ruszyć na dół do garderoby (sterta prania do segregacji i prasowania). W trakcie owych uwsteczniających zdecydowanie zajęć mamie owej( czyli nadal mnie) przypomniało się, że na osłonecznionym już tarasie od nocy stoi rosół w 11 litrowym garze - co to wczoraj został popełniony w celach zapasowych do zamrażarki. Więc sterta prania zostaje porzucona i mama leci na górę, na taras po ów rosół- który rozlewa do bagatelka 11 pojemników, zaś rosołowe mięso miętoli na sałatkę....Pod koniec miętolenia przypomina się mamie, że pranie trzeba następne wstawić do pralki - więc leci znowu na dół (po drodze zbierając JUŻ w pośpiesznym obłędzie z całego domu ubrania PREZESA- synka i DYREKTORA- ojca tegoż synka, zaliczając w najbardziej wyeksponowanym miejscu w salonie (jakby co najmniej ktoś na to czekał z aparatem) tzw PACIAKA czyli inaczej - DŁUGĄ, uprzednio potknąwszy się o synkowy rowerek.....AAAAAAAAAAAŁAŁA!!!!!! można by powiedzieć - aczkolwiek pod nosem wysyczano z bólu ewidentnie coś innego. Spokojnie - młoda mama wstaje - bo mamy są niepokonane niczym terminatory - i schodzi do tej pralki. Wsadza a jakże pranie, ale słyszy kątem ucha...... - a cóż to???? znowu piach przyniesiony z dworu aż chrzęści na płytkach pod kapciami ....wrrrrrrrrr......cóż za makabryczny dźwięk.....trzeba odkurzyć....no to jak już ten dolny przedpokój, to od razu pokój gościnny, no i przecież górę też trzeba odkurzyć(a cóż tu robi ta sterta książek - na miejsce je) no i na samą góre też ( oj, a te pledy przecież z dołu są, no to już siup na dół odnieść pledy i spowrotem na górę... No i w mordę i nożem - ileż na to odkurzanie zeszło....a i mama spocona jak mysz i z błędnym wzrokiem ....dobra, dobra, nie czas na rozmiękczanie się nad sobą, wracamy do sterty prania - a potem to już czeka wytęskniona SAMOTNIA .....Ale, ale.....DRYYYYYYŃ, telefon - jeden, a zaraz drugi, same PILNE sprawy...no dobra, no to wracamy wreszcie do tej garderoby - ZONG!!!!!! z dworu słychać już: ŁE, łe i łe....czytaj: "Mama, gdzie Ty jesteś, już się obudziłem, dawaj jeść pędem, bo będzie głośniej i sąsiedzi nas znienawidzą :):):)".....A miało być tak pięknie - miała być boska SAMOTNIA w literackiej otoczce - czekała książka, która od MIESIĄCA liczy na nadgryzienie choćby (nie śmiem nazwać tego czytaniem). Miał być hamak, poduszka pod głową, szum sosenek, kawka pachnąca włoską knajpką, ciasteczko do zgrzeszenia i tylko JA i te kartki......ECIEPECIE....z tego wyszło....Ech....przeglądałam dziś nasze zdjęcia z wakacji - sprzed 4 lat.....dokładnie z sierpnia.....Jak ja nie doceniałam swojego wolnego czasu....i wagi sprzed ciąży:):):):):):):)
Gdyby ktoś miał wątpliwości - na zdjęciach jestem owszem ja I to NA WAKACJACH normalnie i jak widać nigdzie mi się nie spieszy:) Taaak, to było dawno temu:) I trzeba od czasu do czasu poogladać choćby takie fotki.......żeby nie zwariować w matczynym pędzie...a za rok.....Za rok to z synkiem pojedziemy na ten pomost:)
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkie zalatane, zabiegane, poprzewracane, spocone jak myszy, z obłędem w oczach - ALE szczęsliwe MAMY :)

A tak na koniec i zupełnie z innej bajki - nastąpi kolejne me osobiste zwierzenie:) OTÓŻ lubię dobre zdjęcia:).....BA, nawet bardzo lubię dobre zdjęcia. I wiecie co?? -Ona je robi : z moich następnych polecanych blogowych miejsc -zapraszam do bloga Llooki.

niedziela, 2 sierpnia 2009

VEGE na upały czyli obiad na szybciora w wiejskim stylu:)







Krótko i na temat, bo hamak czeka:) Dziś mamy tu UPAŁ boski:) Słoneczko z nieba spogląda niemiłosiernie ekspansywnie, psy się pochowały w cień, koty to nie wiem gdzie są, Leo poszedł spać z wyczerpania...muchy nawet brzęczą nad wyraz leniwie, a moje kochanie już dawno wisi na hamaku:). Zamierzam za chwilę do niego dołączyć - przedtem pokażę szybiutko tylko, że vege obiady wcale nie muszą byc "chuderlawe" i nijakie, jak to się powszechnie chyba uważa. Jako, że Pablo nie je mięsa - głównie kuchnia wegetariańska gości na naszym stole. W różnych wydaniach zresztą, ale zazwyczaj łączy je jedno - SZYBKOŚĆ wykonania. Nie mam czasu bowiem na wielogodzinne ślęczenie przy garach...więc gotuję szybko i smacznie - bo, jak to kiedyś przeczytałam na jednej starej makatce: "KAŻDA ŻONA TYM SIĘ CHLUBI, ŻE GOTUJE , CO MĄŻ LUBI" :):):) Mój mąż lubi zapiekanki w każdej postaci - więc proszę bardzo, na obiad była zupa koperkowa z kwiatami cukinii, i zapiekanka z cukinii i pomidorów...no i białe zimne jak woda w górskim strumyku wino:):) NOOOOOOOOOOOO takie lato to ja rozumiem.
Ach, bym zapomniała - pamiętacie mój zdobyczny cudny obrus wiejski zakupiony zimą??? Czyż nie wygląda uroczo skąpany w sierpniowym słońcu i rozmigotanych promyczkach wina z kieliszków...????? Dokładnie dla takich celów został zakupiony:)
Letnio i naprawdę bardzo upalnie pozdrawiam - zahamakowana :):)

sobota, 1 sierpnia 2009

TOLEK....po prostu Tolek













Tolek jest jeszcze "gorący jak bułeczki" :):). A jakoś tak mnie wczoraj na Bożą noc wzięło i stwierdziłam, że do stoliczka uszyję dla Leo kolesia, żeby miał z kim siedzieć i deliberować:). A że od dawna myślałam o jakimś śmiesznym KJÓJIKU :):) - nie mylić absolutnie z królikiem :)- no to wzięłam się za robotę. Wykroje powstały wieczorem ( w czym bardzo czynnie brał udział synek - szurał, rozdzierał, składał i rozkładał, podkradał nici:), dobierał materiały, a w końcu zmęczony ciężką pracą legł na Tolkowych elementach usznych:) Tolcio ma około 80 cm wzrostu, jest szczupłej budowy ciała, lubi błękitne krateczki i niebieskie kwiatki a jego wyraz twarzy przedstawia SKUPIENIE - jakby mówił: "Tak, tak,....słucham Cię Leonku":):):) Uprzedzając pytania - NIE nie mam wykroju do Tolka , bo robiłam go z tzw ręki - czyli po prostu wzięłam nożyczki i wycięłam co potrzeba:) Kjójiik zaczyna serię przyjaciól Leosia - chcę na pewno uszyć jeszcze Lonię, chyba myszkę, no i gąskę Malwinkę też . i rodzinę ślimaków...ale nie wiem kiedy - chyba że mnie znowu tak na noc weźmie:) Z raniutka zrobiliśmy Tolkowi sesję - a że ma gacie w kwiatuszki, no to sesja na tarasie i w ogrodzie...Ta miotła na tarasie to owszem, przeze mnie jakiś czas temu wykonana, pokaże ją później razem z ogromną donicą brzozową którą wyplotłam do ogrodu. Ale wracając do kjójiika - Leoś radośnie Tolka wymemłał z rana ile wlezie, potem zasiedli do stoliczka wraz z osobistą Leonkową bandą misi. ....A na sam koniec zabawy, moje dziecko, chyba otumanione jednak Tolkowym wzrostem wziął w dłonie malutkiego starganego życiem misiulka...i się normalnie zamyślił:):):):) .....nad wielkimi i maluczkimi zapewne:)
Serdecznie Was sobotnio pozdrawiamy cała rodzinka - miłego odpoczynku!!!!!!:):):)