poniedziałek, 20 lutego 2012

ETYKIETY, groszki, róże i KOTYLIONY.

 Ależ sypnęło! Dzień w dzień pada śnieg. A pada bajecznie - wolno, tanecznym ruchem śnieżynki wędrują z nieba na nasze choinki, płoty, dach. Wczoraj właśnie rozmawiałam z sąsiadką, że obydwie siedzimy przy kuchennych oknach wpatrując się w zachwytem w ów taniec. W takich chwilach przypominają mi się zimy z dzieciństwa, szaleństwa na sankach czy łyżwach właśnie w asyście delikatnie padającego śniegu. No w końcu Disney nie wyssał sobie z palca zimowych, bajkowych obrazków:) Mamy więc bajecznie pięknie padający śnieg a ja, całkiem gratisem dostałam od zimy choróbsko, które jak wlazło, tak nie che wyleźć. I co najgorsze, czuję się naprawdę bezsilna - poległam. Na całej linii.
W rzadkich przypływach lepszego samopoczucia  powoli wprowadzam do domu skrawki wiosny. Kolory od turkusu przez miętę aż do pastelowego różu. Etykiety w kuchni, zawieszki, kotyliony - wszystko w radosnych barwach. Wielokrotnie pisałam już, że małe dodatki są w stanie zmienić nasze samopoczucie. Nie trzeba robić w domu rewolucji by poczuć powiew nowego:) Już samo tworzenie ozdób jest wartością samą w sobie - pobudza w nas endorfiny, wyzwala pokłady twórczej energii i co najważniejsze - odciąga myśli od burej czasami codzienności. I nie piszcie mi proszę, że nie macie manualnych zdolności - bo nie trzeba być wirtuozem ręcznych prac, by samemu lub z przyjaciółką czy też z z dzieckiem zrobić domowe - np kotyliony. Moje zmieniają się w zależności od pór roku, od nastroju, od potrzeby chwili. Mam  np. zawsze przypięty jeden przy kuchennym fartuszku:). Noszę je również jako ozdoby torebek, lub jako broszki przy szalach czy apaszkach.

Swoją nazwę zapożyczyły tak naprawdę od tańca. KOTYLION - podobny do walca wiedeńskiego, to taniec wirowy. Pary wirują w takt muzyki, właśnie z przypiętymi do piersi ozdobami, inaczej zwanymi również ROZETAMI. Jest wiele technik ich wykonania, pokażę Wam najprostszą. Pozwala na łączenie rożnych materiałów i struktur. A zatem: KOTYLIONOWY KROK PO KROKU - KU WIOŚNIE:)
1. Przygotuj 3 wstążki o długości 14 cm i jedną o długości 16 cm.
2. Krótsze złóż końcami do środka - tak jak na rysunku, zszyj. (jeśli używasz wstążek satynowych -
końcówki delikatnie opal nad płomieniem zapałki lub zapalniczki - nie będą się siepały)
 Trzy złożone już wstązki - zszyj ze sobą, by powstała forma kwiatka.
3. Na wierzchu naszyj kawałki dekoracyjnego materiału, kolejne wstążeczki, guziki, kokardki
słowem - co akurat znajdziesz w domowych przydasiach.
Doszyj od tyłu złożoną na pół dłuższą wstążkę, przyszyj małą agrafkę.

Prawda, że proste? Swoje kotyliony wykonałam z satynowych taśm, skrawków materiału, i cienkich wstążeczek. Są w rożnych tonacjach kolorystycznych - robiłam je bowiem z konkretnym przeznaczeniem. Proszę, kilka migawek.
 
Skoro jeden został wiosennie umieszczony przy fartuszku, pokażę Wam jeszcze inne akcenty, które dodałam do przestrzeni kuchennej. Jako niepoprawna i z lekka infantylna:) romantyczka, co jakiś czas wracam w stylizacjach do groszków, paseczków i motywu róż. W naszych sklepach takiego zestawienia można szukać  niczym igły w stogu siana - więc sobie sama poradziłam. Powstały etykiety na kuchenne pojemniki i przydasie, oraz na Leośkowe słodkości. Od razu też zrobiłam ptaszkowe etykiety na świąteczny stół. ( nakładane na szklanki - z imionami gości) Oczywiście, tradycyjne już podzielę się z Wami:) Za kilka dni włożę tu pliki, które będzie można sobie  ściągnąć i wydrukować. Dzis pokażę jedynie kilka przykładów etykiet, które są już w naszej kuchni.
A zatem -  groszki i róże w czółnowej odsłonie:
No i kilka ujęć etykiet już funkcjonujących. Wydrukowane na grubszym papierze, umieszczone na słoikach, pojemnikach, koszach - małe elementy, które bardzo odmieniły kuchnię:) W czeluściach naszego  piwnicznego pomieszczenia skrywającego moje "skarby" znalazłam stary wieszak. Przerobiłam więc go sobie na wiosenno miętowo turkusowy:)  W takiej samej gamie kolorystycznej są pozostałe elementy. Proszę:
 Kiedy tak sobie choruję, to przydają się balony:) Z ferworu zabawy korzysta również Wałeczek - po cichutku, niby przypadkowo, MYK na różaną narzutę:) A kto twierdzi, że nie nadaje się na kanapowego pieska? Wszystko, co poprawia nastrój, nawet drobiazgi - są mile widziane w chorującym czółnie:) Tulipany ulubione, kolorowe baloniki, książki ..i owsiane ciasteczka:) Do tego moje ukochane chłopaki...i już  jest lepiej.


A w następnym poście... WIELKIE SIANIE!!! Macie ochotę na własne zioła i  swoje osobiste roślinki na balkonach czy ogrodach  latem? TO DZIAŁAMY :)!Wysiejemy sobie lato:)



czwartek, 9 lutego 2012

SZEPTEM teatralnym:)

 
Obiecałam Wam wiosenne klimaty, tymczasem tak mnie SIEKŁO choróbsko, że o jakichkolwiek dalszych stylizacjach - inspiracjach mogę tylko pomarzyć. Powaliło mnie w trakcie zdjęć. A "trakt" ów był kilkudniowy - i po tym tournee już wierzę dziewczynom z centralnej Polski, że nie ma tam śniegu. NIE MA. Sprawdziłam:) Obstawiamy z Pawłem, że to w Warszawie mrozicho podstępnie  rozłożyło mnie na łopatki. Żeby nie przedłużać - wyglądam jeszcze gorzej niż brzmię. A nie brzmię w ogóle. Teatralny szept przerywany grzechotem, rzężeniem, świszczeniem w formie kaszlu....i chyba już nikt nie chce dalej tego słyszeć, co mi w oskrzelach ryczy, prawda?. Po prostu obecnie jestem trabantem:)
***
Obiecałam sobie, że napiszę o aktualnym wydaniu Werandy Country. Od kilku dni bowiem koi mi obolałą duszę - opatulona w pledy, pozbawiona możliwości werbalnej komunikacji - zaczytuję się w ulubionych tytułach. I to nie tylko moja opinia, że ostatnia WC jest świetnie zredagowana. Już kilkanaście dziewczyn pisało mi w mailach, że to taki debeściak:) Osobiście zaczytałam się "ciurkiem" :)
Tym bardziej mi miło, bo właśnie w tym numerze są  moje 2 materiały. W tym BŁĘKITNE ZÓRAWIE - opowiadające o ciepłej i bardzo utalentowanej rodzinie. Mama, tata, synek.  Swojscy, pełni radości, miłości do siebie nawzajem. Ale ile pracy włożyli we własny dom, ile serca podarowali każdemu gratowi uratowanemu - zobaczcie już sami:) Na łamach Werandy Country lub na ich blogu. Udało mi się namęczyć wreszcie Andrzeja, żeby założył stronę.!!:)
TUTAJ zobaczycie Żórawiowe blogowe zacisze. Ines, Endriu, Amadeuszku - BUZIAKI wielkie ode mnie!!!Bardzo Wam dziękuję za świetnie spędzony czas i za znajomość, która daje mi cały czas wiele radości. DOBRZE że jesteście:)
A dla czółnowych czytelników malutki fragment:

 
 Na pożegnanie pokazuję malutkie migawkowe efekty ostatniego wyjazdu i sesji oczywiście. Świetne wnętrza, choć każde w innym zupełnie klimacie. Wszędzie bardzo ciekawi  i kreatywni ludzie, przemiła, twórcza atmosfera pracy. Gdyby nie to choróbsko - byłoby idealnie:) Ale nie mogę nie wspomnieć tu o Krystynie. Kryśka jest papugą:), mieszka u jednej szalonej rodzinki:) z innymi zwierzakami zresztą. W trakcie sesji latała sobie po domu, po czym postanowiła sprawdzić czy  aby na pewno kadry dobrze ustawiam :) - i przycupnęła mi na ramieniu. Tak oto wszystkie ujęcia w sypialni robiłam z Krystynką:) A to mnie znienacka w uszko podszczypała, a to się przytuliła...To było niesamowite doświadczenie - bez  dwóch zdań. I upewniłam się w jednym - że zwierzaki "swoich" wyczują od razu:)
Koniec gadania, wizualizacja:)

Wybaczcie mi, że dziś tak telegraficznie. Czuje się naprawdę fatalnie. Żegnam Was co prawda szeptem ale jak zwykle z życzeniami udanego weekendu. Oby mróz okazał się mniej podstępny:) a wszystkie rzężące trabanty - szybko wracały do formy:)
Ściski , Wasza zielona świszcząca:) 

poniedziałek, 30 stycznia 2012

KOLOROWA zima.


 Wszyscy, którym brakowało w święta "zimowej "atmosfery nie mogą chyba teraz narzekać:) Doczekaliśmy się:). Zimy mroźnej, ale słonecznej, zamieci magicznych i bałwanów puszczających węglowe oczko. Za oknem mamy tak piękny widok, że posiłki spędzam od kilkunastu dni z nosem przy szybie:) Co tu dużo mówić, jest po prostu bajecznie. A tym jednak, których taki nawał bieli przytłacza lub "swędzi":) pokazuję naszą domową i nie tylko domową przestrzeń. Jako dowód na to, iż z powodzeniem można styczeń zamalować:) a sama Pani zima to tak naprawdę bardzo lubi kolory:)
Definitywnie pożegnaliśmy się ze świątecznymi ozdobami. Zostały jedynie w oknach białe śnieżynki idealnie wtapiające się w krajobraz, którym raczy nas ogród. W przeciągu ostatniego tygodnia zawitały tu 2 malutkie śnieżyce - radośnie wirujące płatki śniegu wywołały we mnie dziecięcy wręcz zachwyt. Przed domem prawdziwe zaspy, psy wariują, słońce świecie, sanki mkną:)...no zima kochani, prawdziwa ZIMA:) Na podwórku mamy zapasy w śniegu i  gonitwy w tunelach, za kilka dni zrobimy małe lodowisko. Dopiero będzie się działo:)

 Wracając do kolorów. To chyba dla mnie najprzyjemniejszy okres, jeśli chodzi o dekorowanie domu. Za oknem bowiem jeszcze zimowa czystość bieli i pełno słonecznego światła wewnątrz, ale okraszonego feerią barw przywołujących wiosenne dni. Szafirki, różyczki, hiacynty - to ich zasługa. W piątek zasadziłam całe rodzinki do donic i od razu  zrobiło się radośniej. Wszystkim moim psiapsiółkom, które dzwonią  się pożalić że np. mają dołek powtarzam niczym zdarta płyta: kup kwiatki:) i otocz się kolorami. Barwne pastelowe patchworki i pledy, obrus w groszki, ulubione balerinki. Jakie doły dadzą temu radę? Kolorowa zima nie dość, że poprawia nastrój, to jeszcze wygrywa po cichutku werble - na przyjście wiosennych dni.
 
Kulinarnie także wprowadzam powoli zieleń. Wysiane są już kiełki rzodkiewki, lucerny, brokuły i oczywiście rzeżucha. W najbliższym czasie zaś do ogromnych donic wysieję rukolę - moją słabość nad słabości:) Czasami sama już z siebie żartuję, iż rukolę mogłabym nawet dodawać do bigosu.:) I choć Pablo twierdzi, z uporem maniaka,  że smakuje  mu jak zwykłe zielsko( bluźni po prostu) - dla mnie jest nie do zastąpienia. Nawet zwykła kanapka nabiera "manier" gdy położymy nań rukolę:) Kapka octu balsamicznego....i...sprawdźcie sami. A z obiadów na szybko, polecam makaron właśnie z rukolą i serami. Najlepiej ciemny, razowy - typu grube wstążki. Filozofia żadna: gotujemy makaron, w tym czasie w rondelku podgrzewamy kawałeczki serów - np pleśniowego,  typu bree, mozarella. Na talerzu układamy rukolę, na nią makaron, polewamy sosem serowym, dekorujemy kawałkami pomidorów, na to ocet balsamiczny, pieprz - i smacznego! :) Sesja makaronowa króciutka - nader szybko nastąpiła konsumpcja.:)  Sceneria zaś zimowa, bo to danie jak znalazł po mroźnym spacerze. Szybkie, pożywne i naprawdę bardzo smaczne.

No tak...pewnie teraz myślicie, że  tylko spaceruję, sadzę kwiatki i gotuję:):):) Oj, tak dobrze to nie ma:) Poza normalną pracą dodatkowo urzęduję w pracowni nad swoimi "gratami". Słowem,  wyszukuję "biedoki", co to ich nikt już nie chce i poświęcam im "troszkę:)" czasu. Jakiś czas temu za kilkanaście złotych kupiłam lampę. Tzn to, co z niej zostało. No staruch - nie da się ukryć. Ale jak tylko ją zobaczyłam, wiedziałam, że ma potencjał. Wystarczyło ostre czyszczenie,  poskładanie w całość, kilkakrotne malowanie, a w końcu patynowanie. I........MAM NOWY wiszący ŚWIECZNIK:) O niebanalnej, pięknej barwie, którą nazywam szampańską ( matowe srebro złagodzone jasną złotą nutą). O delikatnym kształcie i czarodziejskich zdolnościach. Jako cześci składowej do tego świecznika użyłam tacy,  która to wpuszcza wieczorami przez swoje żłobienia  migocące światło świec. Można się gapić i gapić i gapić - pełne odprężenie gwarantowane. No i świetny wizualnie efekt:)  Ale najpierw występy dzienne: 

 
Często, gdy pracuję nad takimi właśnie "śmieciami",  nachodzi mnie refleksja...Czy czasami zbyt łatwo nie rezygnujemy.  Z rzeczy.. z walki... z ludzi? Owszem, żyjemy w czasach, w których się biegnie a nie idzie. Ale czy zbyt szybka rezygnacja tudzież wyrzucenie bez zastanowienia "tego co było", nie jest tak naprawdę naszą ludzką porażką? Konsumpcyjny tryb życia zaczyna się przenosić dosłownie na każde sfery bytu. Łatwo jest zrezygnować z małżeństwa czy związku, z przyjaźni,  łatwo jest nie walczyc - bo wszyscy dookoła tak robią. Od małego nasze dzieci sa uczone ASERTWNOŚCI, która sama w sobie nie niesie złych idei, jedynie niektórzy nauczyciele lub my - rodzice, mylimy ją z egoizmem i tego ostatniego właśnie uczymy.  "Lepszy model" zastępuje więc starszy, starszy ląduje na smietniku - byleby do przodu, bez oglądania się za siebie i analizowania. Moi znajomi pytają mnie wielokrotnie czemu "ratuję" owe stare rzeczy, przecież nie muszę.  Ba - by to robić poświęcam swoje wolne, tak rzadkie chwile. 
Fakt, nie muszę. Ale, po pierwsze sprawia mi to wielką frajdę. Po drugie...chyba właśnie w ramach wewnętrznego buntu na otaczajacą mnie zbyt łatwą rezygnację. Po trzecie wreszcie - ratuję starocia , bo jak widać na powyższych obrazkach można z nich wyczarować cuda, a chyba każdy lubi być choć przez chwilkę czarodziejem:):) Ja tam lubię:)

Pożegnam się dziś z Wami obietnicą wiosennych inspiracji w następnym poście. Powolutku szykuję propozycje np. dekoracji na świąteczne stoły. A wszystko w radosnych barwach. Urodziłam się pierwszego dnia wiosny:) To zobowiązuje:) A moje tegoroczne wiosenne akcenty będą śmiały sie turkusem i jasną zielenią. No dobrze - inne kolorki też sie pojawią:), ale zaczniemy na pewno od turkusów.
 Już na zakończenie - tradycyjnie, życzę Wam wszystkim udanego tygodnia,:) Skrzypiącego śniegu pod butami, słońca na niebie i tylko dobrych nastrojów. No i powodzenia w szukaniu gratów do ratowania:)- wszystkim gratowym czarodziejom ratownikom. Po prostu wysyłam Wam moi wierni podczytywacze -  czółnowe, zimowe serdeczności:)  Do usłyszenia.