Moje zdjęcie
Green Canoe
Od jakiegoś czasu mieszkam ze swoja rodziną na wsi - z woli własnej i nieprzymuszonej:):) Wokół nas las i jeziora, na dole nasza trawa, na górze nasze niebo - i niechaj już tak zostanie. Żyją tu z nami 2 koty o jakże odmiennych charakterach i 2 psy o jakże odmiennych posturach:):) Odkąd pamiętam lubiłam "popełniać" coś manualnie:) - i tak mi już po prostu zostało, zaś owe dzierganki dłubanki możecie zobaczyć właśnie tutaj.
Wyświetl mój pełny profil

wtorek, 15 grudnia 2009

KROK po kroczku....idą ŚWIĘTA!!!!:)


Zaśnieżyło nas. Cudnie jest!!! I będę maniakalnie trwać przy swoim - zima jest wyjątkową porą roku....byleby była zimą - mroźną, słoneczną i koniecznie ze śniegiem :)
A z mniej optymistycznych wiadomości - poległam chorobowo. Remont nadszarpnął moją odporność, a że jeszcze w weekend trzasnęliśmy cała rodzinką ot bagatela 800 km...nie trzeba było długo czekać na skutki - ja chora, Leo chory. Tylko Paweł jak na prawdziwego MACHO przystało:) - trzyma się dzielnie. Snuję się zatem po domu posuwistym krokiem, nie potrafię zebrać myśli, gorączka szaleje, gardło atakuje bez litości....a Leo ma katar wszechczasów i wyrzynające sie górne trzonowce.....Fajnie??? Taki oto przedświąteczy klimat zagościł w chałupie. No ale cóż....no dajemy radę, w końcu nawet i ta choroba pójdzie od nas sobie gdzie indziej - przeczekam ją więc....A narazie w przypływach jakiejkolwiek świadomości dziergam - świątecznie jeszcze. Powoluśku przystrajamy z Leosiem dom, wieszamy pierniczki, tłuczemy bombki - takie tam świąteczne rozrywki :) Sprzątanie zostawiamy tacie:)
Kuchnię, jak co roku, ustroiliśmy w białe koroneczki:) i szydełkowe cudka. I jak co roku, odwiedził nas MR. BAŁWAN, którego dostaliśmy kilka lat temu od mojej mamy. Nie marzylismy nawet jeszcze wtedy, że będziemy mieli własny dom....Bałwan kupiony w kaszubskiej galerii rękodzieła - dziś zdobi nasz dom - na Kaszubach, a jakże:), i zawsze kiedy stawiam go świąteczną porą na kuchennym parapecie - czuję to samo wzruszenie....Mamuś, fajny ten prezent:)




Pachnie nam w domu od kilku dni pomarańczami, cynamonem, i anyżkiem. Suszą się bowiem ostatnie pomarańczowe plastry na choinkę i szyszki świerkowe. Anyżek porozkładałam do salaterek - bo bardzo lubię jego zapach, a szyszki ...te są już po prostu wszędzie:)






Choroba to nie jedyne fatum ostatnich dni - padł nam net. Tak "muli," że ledwo ściągam pocztę, co dopiero mówić o oglądaniu stron...Na maile nie odpisuję - licząc, że zostanę rozgrzeszona.Tego posta będę pisała chyba wieczność:):)...Skoro tyle czasu czekam na otwarcie jakiejkolwiek strony z Waszymi blogami, to czemu nie wykorzystać tego czasu na orzeszkowe co nieco, i herbatkę z miodem i imbirem??? Wykorzystuję.


Nienormalnie nadal zakochana jestem w drucie:) Moja miłość znalazła swój wyraz w wykonaniu dużego wiszącego świecznika nad stół. Świecznik jest w tej samej stylistyce co łeżew nordycka:) - skandynawsko prosty, druciany jak to tylko możliwe ( 100% druta w drucie:) - i .....no jest naprawdę sliczny:) Nie potrafiłam fotkami przekazać jego uroku, więc musicie mi uwierzyć na słowo. Po pracach nad świecznikiem pozostały mi 4 rany kłute, i jedno potężne przecięcie - ale warto było. Myślę, że godnie otuli nas światełkami w Wigilię. Jak narazie ubrałam go w gałązki świerkowe, ale na Wigilijny wieczór odświętnie udekorujemy kawalera jemiołą.





Udało nam sie już przystroić schody, kominek, okna...została tylko PANNA ZIELONA....ale to potem, na samym końcu. A narazie świąteczne migaweczki:





Pisałam ostatnio o szczęściu.... o jego ulotności, ale także o tym, że nie potrafimy często dostrzec szczęścia wokół siebie. A jest przeciez wokół nas codziennie... Opiszę Wam taki obrazek: niedziela wieczór, wysiadamy z Pawłem i Leo z samochodu przed naszym domem. Wrócilismy z długiej weekendowej podróży....Ciemno, cisza....mróz.....śnieg skrzypi pod butami. Wirują jak oszalałe płatki śniegu. A nasz dom ŚWIECI cały magicznym światłem - okna błyszczą mnóstwem przepieknych światełek...W jednym z nich widać ganiającą się z dzieciaczkami roześmianą rodzinkę naszych przyjaciół.....Szczęście...wracać z długiej podróży do domu świetlistego, w asyście muzyki śniegu i z czekającymi na nas serdecznymi ludźmi....po prostu szczęście.

***
Święta dla mojej rodziny - a myslę, że dla wielu z Was także, to czas tęsknoty....za najbliższymi, którzy są już po drugiej stronie. Magia choinki, kolędy, czas z rodziną - ....w takich chwilach ból po stracie najbliższych jest o wiele bardziej odczuwalny, namacalny wręcz....Dla mnie, dla nas...każde święta to czas jednoczesnej radości i cierpienia. Znalazłam ostatnio piękną kolędę, przekazuję ją wszystkim Wam, którzy tak jak my, za kimś bardzo tęsknią....

Kolęda dla nieobecnych


A nadzieja znów wstąpi w nas
Nieobecnych pojawią się cienie
Uwierzymy kolejny raz
W jeszcze jedno Boże Narodzenie
I choć przygasł świąteczny gwar
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
Wbrew tak zwanej ironii losu

Daj nam wiarę, że to ma sens
Że nie trzeba żałować przyjaciół
Że gdziekolwiek są dobrze im jest
Bo są z nami choć w innej postaci
I przekonaj, że tak ma być
Że po glosach tych wciąż drży powietrze
Że odeszli po to by żyć
I tym razem będą żyć wiecznie

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole

***

"Krok po kroczku, krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku IDĄ ŚWIĘTA, IDĄ ŚWIĘTA"...nucę kolejny raz z trójkowcami:)....A Leoś przymierza swoją reniferowa koronę....i robi smieszne minki:) Pan Reniferek się nam szykuje wzorcowy po prostu:) Kończąc tego posta.....zaryczałabym po reniferowemu....ale obawiam sie, że byłaby to fonetyczna pomyłka:):):):):) Pozdrowienia więc przedświąteczne po prostu ślemy...zakatarzone, ale nadal serdeczne:)


czwartek, 3 grudnia 2009

ŁYŻEW....nordycka:)


Gwoli przypomnienia:):):), pamiętacie?
:

- Słuchaj, Rozencwajgowa ma na sprzedaż psa? Czy to jest może łyżew ? Wiesz, ja bym chętnie kupił, bo Hipek bardzo chce mieć łyżwa... No, ostatecznie może być sweter. Albo bulgot? Albo taki mały, biały dupelek... Słuchaj, tylko bron Boże jajnik! A to jest - jaka rasa?

- Jaka rasa?... NORDYCKA, psiakrew odczep się od tego zwierzęcia,
nieszczęście ty moje!

Moja łyżew jest jak najbardziej nordycka - naoglądałam się ich na blogach skandynawskich i mnie zauroczyły. To sobie zrobiłam. W nocy oczywiście:) Ja wszystko robię już chyba nocami:) Niedługo zostanę nietoperzem...:) Łyżwa jest zrobiona w konwencji reszty ozdób, czyli z: ecru polaru, juty, koronki, drutu. Zawisła na dechach i dobrze jej tam. Dziewczyna jest bardzo wysoka i smukła, kibić iście kobieca - eteryczna łyżew jak malowana. I jeszcze ma KLUCZ.....do lodowiska oczywiście:)
Oto łyżwowe migawki.







Na dechę kominkową wykonałam zamiast skarpet - rękawice na prezenciki, stylistyka konsekwentnie ta sama. Poniżej panny rękawice w swej zimowej krasie:)





Nocami, oprócz wykonywania łyżwy, piecze się też świetnie ozdoby na choinkę:) Moje są z masy solnej, stylizowane na naturalne ciasteczka. Ze spaceru zaś przynosimy notorycznie świerkowe szyszki, które później suszę przy kominku. Jak znalazł będą na choinkę. Do pokoju gościnnego zrobiłam także kilka serduszkowych elementów pasujących tam kolorystycznie ( w technice decoupage). O proszę, takie ozdobne świąteczne frykasiki:



Nie popisałam dziś za wiele, ze zmęczenia po prostu. Mam nadzieję, że zdjęcia mówią same za siebie. Generalnie siedzę ostatnio całymi popołudniami na dole w przedpokojach,..nie przewidziałam, że ten remont będzie mnie kosztował tak wiele pracy. No ale - jak się powiedziało A....Oby tylko udało mi się skończyć przed świętami. I odnośnie samych świąt - poszliśmy dziś z Leosiem na spacer poszukać zimy...grudzień, a śniegu nie widać...Ale chyba już niedługo wszystko ulegnie zmianie, bo udało nam się ją wyśledzić!!!:) Zobaczcie sami:





Na do widzenia, wysyłamy wszystkim zimowe buziaki!!!


sobota, 28 listopada 2009

CHLUP.




Bezczynność - słowo, które gdy mnie widzi spyla, gdzie pieprz rośnie. Dlatego też, zapewne nie umiem tak o sobie usiedzieć....Nie wiem czy ja sie z tego cieszę, tak właściwie:) Bo może i bym nawet czasami chciała...:) A znów nie dałam rady..
Informuję z uśmieszkiem pod nosem, , że zaliczyłam dziś spektakularne wdepnięcie nogą w 10 litrowe wiadro z farbą. Odbyło się to w trakcie cofania mej persony celem dokładniejszego przyjrzenia się ścianie, którą malowałam - ...bo niby z daleka lepiej widać...Wrażenia po takowym wdepnięciu miałam niesamowite. W pierwszym momencie się wystraszyłam, bo cała akcja zadziała się za bardzo niespodziewanie jak na mnie, a sam dziwaczny dźwięk" BUUUUUL!!" towarzyszący owemu wdepnięciu jak dotąd był mi obcy:), Więc jak niby miałam się nie przestraszyć?":) Potem, gdy zobaczyłam już co się stało, stałam przez chwilę ogłupiała....A czescy "Sąsiedzi" to mało, by opisać sam widok - nawet oni wymiękają. Nasz rechot, bo śmiechem tego nie nazwę grzmiał już parę chwilek dalej - bo owszem zaraz przyleciał nie wiadomo skąd mój drugi polówek. Że niby krzyknęłam....i usłyszał. A był na tyle uroczo perfidny, że mi napstrykał zdjęć - nie miałam jak uciekać, bo noga przecież w tym wiadrze, cała w farbie, i trampek....i skarpetka... i ..Ech, takie to uroki malowania:) Zdjęć nie pokażę, nie dam sie obedrzeć z resztek godności:):) Tym humorystycznym akcentem zawiadamiam, że mnie znów pracowitością wszechmocny natchnął, i postanowiłam przed świętami wyremontować przedpokoje. Sama. W końcu jak już i tak coś ciągle robię, to co tam takie malowanko??:) Wizję mam, farby mam, dekoracyjny tynk mam....teraz TYLKO trzeba to wszystko zrobić. Ładnych kilka ścian, 7 skrzydeł drzwiowych:), sufit.... ot, takie tam:)..Część malarską mam nadzieję skończyć przed Bożym Narodzeniem, meble zostawiam na styczeń. Sylwestrowi najeźdźcy będą płaszcze wieszać na gwoździach:)

Wdepnął ktoś z Was kiedyś w takie coś???:)


***
Ale dziś napisać chcę głównie o tym, że to Wy do mnie piszecie:) i PODZIĘKOWAĆ WAM :) Blogerki wiedzą, że prowadząc bloga wypada liczyć się z mailami - od osób najróżniejszych. Zamówienia, pytania, propozycje....jest tego naprawdę bardzo dużo. Ale ja dostaję oprócz tego masę maili, które nazwałam listami DUSZY. Niesamowite - że siedząc sobie na "zydlu" w małej wioseczce, w środku lasu, odbieram te listy -z rożnych zakątków Polski ale tez i ze Stanów, Niemiec, Włoch, Irlandii...itd.I że piszecie mi w nich o tak osobistych sprawach....Że czytam codziennie podziękowania za inspirowanie i optymizm, który podobno rozdaję:):):) Bardzo, ale to bardzo mi miło, że komuś poprawiam humor lub że moje prace czy słowa stają sie dla niego natchnieniem. Te listy sprawiają mi wiele przyjemności - i z całego serca po prostu dziękuje, choćby za to, że chce się Wam poświecić swój czas i tak wiele słów podszytych dobrymi emocjami do mnie napisać. A dziś odpowiadam publicznie na najczęściej chyba zadawane mi w tych wszystkich mailach pytanie - bo kolejna osoba zadała mi je ponownie - a ja już nie mam sił po raz ...dziesiąty odpisywać. Tym razem postanowiłam odpowiedzieć tutaj: Asia, jak żyć, by było tak szczęśliwie i sielsko??? Moi drodzy....to nie jest tak, że nasze życie jest tylko sielanką. Żyjemy ze wszystkim, co przynosi codzienność - a sami wiecie, że oprócz szczęścia i miłości najbliższych często jest to również i smutek, troska, ból, czy nawet cierpienie. Nie jesteśmy wyjątkiem..Ja po prostu nie piszę o moich i mojej rodziny prywatnych sprawach na tym blogu i nigdy nie będę. Nie mam ani takiej potrzeby ani natury - to, że z postów zazwyczaj wieje optymizmem wynika zdecydowanie z mojego osobistego dążenia do patrzenia na świat z uśmiechem - żeby nie wiem co się działo. Jak większość z Was miewam lepsze i gorsze dni, mam i chandry a zdarza się, że i strzelam fochy:):) Bywa, że wstaję i nic mi od rana nie wychodzi - nawet o własne stopy sie potykam:) i przypalam wodę:) Nie żyję w sielance, i nie znam nikogo takiego nawet. Owszem, noszę w sercu poczucie spełnienia, i wyjątkowości - ale uważam, że każdy na świecie człowiek takowe powinien mieć. A poczucie szczęścia, które czujecie ode mnie i które to szczęście rzeczywiście jest najprawdziwsze na świecie, wynika z tego, że wokół mam po prostu miłość. Nasz dom nią pachnie. A jeśli dom pachnie miłością, to czego więcej można chcieć?
Nie potrafię nikomu doradzać jak ma żyć.... Mogę Wam powiedzieć jak coś manualnie zrobić, bardzo chętnie się taką wiedzą dzielę, ale w kwestii poczucia szczęścia...niech przemówi za mnie ktoś o wiele większym sercu, i dobrej mądrości:

"Nie płacz w liście
nie pisz, że los ciebie kopnął
nie ma na Ziemi sytuacji bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka...to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz"

Ks. Jan Twardowski

***

I na sam koniec już, chciałabym zaprosić Was, tradycyjnie już, w następne magiczne blogowe miejsce. Marcin często pisze tak, jakby spisywał moje myśli:) Żyje sobie daleko od nas, w ogóle sie nie znamy(liśmy), ale jednocześnie jest blisko -bo jego słowa, to ksero wielu moich odczuć...Proszę bardzo, zapraszam do Garści drobnych.

***
A na fotce łódka. Takie malutkie szczęście, móc sobie popatrzeć na ową łódeczkę...Chcesz popatrzeć, bierzesz psa idziesz na spacer i już. Szczęście.

niedziela, 22 listopada 2009

Renifery w natarciu, robię abażur, dechy wiszą.

Dziś będzie krótko, po prostu nie mam nastroju na pisanie. Renifery powoli opanowują nam chałupę. Wyciągnęłam stare, co to nie wiedziałam w zeszłym roku jak się z nimi obejść -
i pobieliłam. Przy kominku zaś wiszą stale obecne - od kochanej B. Te są z nami cały rok. Wieszakowe już znacie - rękawic do wieszaka jeszcze nie popełniłam. Popełniłam za to dechy.


Jedna z dech - ta większa zawisła planowo nad komodą, i szczerze mówiąc nie wiem czy coś jeszcze z nią zrobię, podoba mi sie taka samotna. Pobieliłam ją tylko i potraktowałam szczotą - coby ja bielenie nie odmłodziło zbytnio.

Z drugiej dechy zrobiłam świecznik w ramę. Dokładnie - dechę małżonek na pół potraktował - potem znowu bielenie i szczotkowanie, montaż i dorobienie świecznika. Zastąpił lawendę. Świecznik brzmi dumnie - choć jest wyczarowany ze zwykłego a'la zardzewiałego drutu i na 1 ikejkę. Ekstremalnie w skandynawskim typie - lubię tego typu klimaty. Siermiężna prostota...ale urokliwa, prawda?


I teraz znowu o wytworach wynikających z tego, że nie ma w sklepie. Nie ma bowiem w sklepie abażurów do moich lampek...Lampka na komodzie stała goła kilka miesięcy. Nie wytrzymałam.
Z grubego drutu zrobiłam szkielet abażuru, ciężko było - przyznaję, potem uszyłam mu ubranie - z delikatnej bawełny i batystowej koronki. Ten abażur jest cały przesiąknięty myślami o konkretnej osobie. Nie wiem czy Wy tak macie - ale ja akurat własnie tak mam, że kiedy coś mnie trapi - łapię się za pracę, i wtedy jakoś mi lżej. Wykonałam więc dziś abażur - będąc myślami totalnie gdzie indziej... Oto migawki wreszcie oświetlonej komody.






Na zakończenie, chciałabym obwieścić, że Prezes dostał nową pościel - DUŻĄ. Pod malutką już sie nie miescił, w nocy poodkrywany, marzł - uszyłam mu więc poszwę na większą kołderkę. Poszewka z białej satyny, z aplikacją ogromnego serducha w błękitna krateczkę pośrodku. Do kompletu doszyłam poduchę miętolka w kształcie samochodu. Prezes zaakceptował zmiany:)



Dobranoc na dziś. I uważajcie na renifery....czają się na dalszą ekspansję...:)

piątek, 20 listopada 2009

FABRYKA świąteczna RUSZA.

Manufaktura Green Canoe rozpoczyna świąteczny sezon. Zapewne nikogo już nie zdziwi gdy napiszę, że "manufakturuję" świątecznie w tzw międzyczasie innych zajęć. Tak sie składa, że mam myśli zajęte ostatnio troską - a na troski najlepsza jest praca. Łapię się wiec za co mogę. Zawiadamiam mych "pszeszanownych Zamówicieli" - że skończyłam już pracę nad ich życzeniami i w poniedziałek wyślę ostatnie pakunki w świat. Tym samym mogę zabrać się za zamówienia od przyjaciół no i rozpoczynam domowy sezon świąteczny. Wymyśliłam sobie, że w tym roku ubiorę naszą przestrzeń świąteczną w klimaty odmienne od zeszłorocznych . Czerwieni i złotu podziękujemy - a zaprosimy trochę Skandynawii - czyli -biel, siwy, sznurkowy (jest taki kolor, przysięgam). Oraz wykorzystamy naturę - a dokładnie cynamony, anyżki, słomę, rafię, jutę, pierniki i suszone pomarańcze. Postanowiłam, że do dekoracji wykorzystam 17letnie stare i omszone DECHY( oryginały, żadne tam podróbki), sznurek, stare druty, i inne tego typu "ozdoby" Jeden wieszak ze starej dechy już powstał - z wykorzystaniem głównego motywu naszych tegorocznych świąt - białych, przecieranych reniferów oraz juty i koronki batystowej. Nie jest skompletowany - bo na haczykach będą wisiały rękawice na prezenty - narazie pokazuję króciutką migawkę:

Renifery wykorzystałam także tworząc girlandę nad komodę, zrobione zostały w tej samej technice, co reszta ozdób:

Jako że planuję, by nasza choinka była w stylu retro, nie będzie na niej błyszczących bombek, a jedynie a'la starocie - zrobione oczywiście przez mnie, oraz ozdoby naturalne - szyszki, pierniczki, suszone pomarańcze, cukiereczki, cynamon i td. Poniżej bombki starotki w technice tegorocznej - z dodatkiem anyżku.


I teraz najważniejsze - skoro na choince miałyby być ozdoby retro - to nie mogło zabraknąć konika na biegunach. No i zgadnijcie czy udało mi się zdobyć w naszym kraju foremkę takiego konika???? GUZIK!!! Ale ja jak się na coś uprę - to koniec. Więc najpierw rozwaliłam 3 stare foremki - z których wychodziły mało foremne niby kurczaki, i z nich "wyrzeźbiłam" sobie za pomocą cążek, kombinerek i niegroźnych przekleństw w trakcie - foremkę konika osobistego. I mam teraz jedynego na świecie konika green canoe:) Być może nie jest on idealny, tu i tam blacha "klepana" i to na pierwszy rzut oka:):):) ale jest MÓJ. I naprawdę niezłe koniki wyforemnia:) Zresztą, zobaczcie sami:




Ozdoby choinkowe zrobiłam z masy solnej, a uprzedzając być może pytania, podaję na nią przepis. Jak dla mnie są to optymalne ilościowo składniki, takie w sam raz.

Masa solna
1 miarka soli ( miałkiej)
2 miarki mąki pszennej
3/4 miarki wody letniej

Wszystko wkładamy do misy - i ugniatamy, aż ciasto będzie elastyczne. W trakcie prac zakrywajcie misę ściereczką, by masa nie wysychała na powietrzu.

Masosolniaki przez kilka godzin podsuszałam w piekarniku - ale by nie puścic naszych finansów z torbami (piekarnik jest elektryczny i nic więcej nie muszę dodawać:) , po pierwszym podsuszeniu wystawiam je na kaloryfer. Po kilku godzinach kaloryferowania maluję pierwszą warstwę - i znów na kaloryfer. Poniżej koniki po 1 malowaniu. Czyli to ich początek na drodze ku piękności...


I na zakończenie - by nie być gołosłownym - oto 17letnia duuuuża DECHA. Zawiśnie sobie nad komodą, i będzie godnie tworzyła klimat świąt - jakkolwiek dziwnie to narazie brzmi:) Oj, fajna jest , prawda?:)








wtorek, 17 listopada 2009

PRZYJEMNOŚĆI małe

Muszę odpocząć od pracy, w trybie pilnym. Biorę sobie dziś wolne ...głęboki oddech....lody z jagodami.....słońce na twarzy.... Chciałabym w związku z powyższym napisać Wam zgoła innego tematycznie posta - abstrahującego od tematyki wnętrzarskiej i handy mandowej, a mówiącego
o naszych ...malutkich przyjemnościach. Dlatego malutkich - bo te duże bywają nudne:) i przewidywalne.....A malutkie... To one są warte dzisiejszych występów. Na scenę zapraszam więc przyjemność nr 1 -OBCOWANIE Z KOLORAMI....i tu w roli głównej wystąpi CZERWIEŃ. Kolor, którego nie noszę, ale w jego obecności chętnie przebywam, czymkolwiek jest. Na zdjęciu powyżej latarnia morska w industrialnym klimacie, no i oczywiście ja pobierająca energię z jej koloru:) Naładowanie energetyczne na rok do przodu:) Patrzenie na czerwony, dotykanie czerwonego...słowem obcowanie z nim - sprawia mi wielką malutką przyjemność. W kosmetyczce noszę trendziarskie cienie do powiek - których nie używam :):). Króluje tam jagodowy fiolet, wrzosowy fiolecik i podwiędnięty liliowy - moje ulubione kolory . W wiejskiej codzienności raczej trudno o sposobności do popełniania pełnego makijażu, ale sama świadomość, że mój żelazny zestaw :) jest na swoim miejscu - daje mi duże poczucie zadowolenia...No i jest jeszcze BIEL.....z bielą przyjaźnimy się długo i bez większych afer...nudnawo, wiernie, niczym stare dobre małżeństwo:) Biel w różnych odcieniach otula nasze wnętrza i nawet w pochmurne dni rozdaje nam światło... Są jeszcze inne kolory, które wnoszą do mojego życia prezenty poubierane w codzienność - ...ale dziś napisałam o tych dla mnie najważniejszych.

Kolejna z moich osobistych przyjemnostek to BOSOWANIE - czyli wiejska przyjemność nieskończenie naturalna. A bosuję sobie nawet zimą. I o ile latem nawyk ten nie wzbudza zainteresowania otaczającej mnie populacji, to już zimowe bosowanie...wzbudza:) Do listonosza do furtki - boso w klapkach w listopadzie? - to ja. Do lasku po gałązki sosnowe na stroik w japonkach w grudniu??? - to ja. Na szybki jesienny spacerek boso w gumowcach z pieskami - to ja:) Nie muszę chyba pisać, że po domu tez biegam boso...Kto mnie zna, wie, że non stop szukam kapci...tak, tak...nasz dom to kraina notorycznie zagubionych bamboszy:) Więc jak mam nie chodzić boso?? Nie pomyślcie tylko, że bosuję non stop. To raczej mało możliwe, po po1. miałabym stopy aborygeńskie z podeszwą dębicy co najmniej, a po2. chorowałabym chyba czy coś w tym stylu. Bosuję więc wybiórczo - zimą jak nikt nie widzi, jesienią jak nie pracuję w ogrodzie, latem...latem prawie zawsze, jednak walcząc w łazience wieczorami, by nie dopuścić do aborygeńskich rytmów:):) Ba - nawet mam pomalowane na malinowo czerwono paznokcie u stóp na znak buntu przeciwko wizerunkowi wiejskiej kobiety. Nie powiem - takie paznokcie ładnie komponują się z gumowcami:) Nie bosuję non stop również z tego powodu, że lubię skarpetki - najlepiej w dziecinne wzorki:) Kiedy byłam mała, nie było takowych w sklepach ( tzn były, tylko brzydkie), więc teraz szaleję i sobie kupuję.


Mam jeszcze dla Was następną małą osobistą przyjemność w zanadrzu -KAWKA SOLO...nie kawa, a KAWKA. O poranku, wypijana w szlafroku na schodach tarasowych...na boso oczywiście:), i taka popołudniowa...z ciasteczkiem. SOLO - bo sączona w pojedynkę..... Rozumiecie - kawka milczka. Kto powiedział, że nie można sobie fajnie pomilczeć przy kawie?? Do dziś pamiętam pewne magiczne chwile zamknięte w mojej podświadomości przez chłodny poranek...Miasto Kraków, hotelowa restauracja, jesień,... siedzę tuż obok ogromnej szyby wpuszczającej do środka całą ulicę starego miasta...Mijają mnie dziesiątki opatulonych w szale ludzi - zaglądając prawie że do filiżanki.....Gwar bistro, postukujące szkło i talerze, zapach świeżo parzonej kawy, i przebijający się przez szybę gwar ulicy....a ja w tym wszystkim z kawką milczką. Oswojona , zaprzyjaźniona samotność. Bardzo często myślę o tych chwilach siedząc na moich wiejskich tarasowych schodach - ...magia picia milczki - ta sama, co w Krakowie.

Idąc dalej tropem przyjemnostek - raz na rok otwieram w asyście kokosanek (asysta polega na tym, że je zjadam) czarodziejskie PUDEŁKO. A w pudełku zamieszkują listy. Zbierane od czasów zerówki do dziś. Miłe listy, liściki, widokówki - z koloni, od młodocianych miłości, od przyjaciół :):) Czytam je, czasami śmieję się w głos, zajadam kokosanki - i mam przyjemność:)...

Ale o innych przyjemnostkach nie będę już więcej pisała, bo nadal chcę myśleć o sobie, że jestem chodzącą tajemnicą:) Gdybym Wam się tu do końca uzewnętrzniła, to nici z tajemniczości. A posta dzisiejszego napisałam, żeby po 1. pisząc o rzeczach miłych sprawić sobie przyjemnostkę i fajnie zacząć dzień, no i być może poprawić komuś nastrój, albo przypomnieć, że małe sprawki, rzeczy, przemyślonka, czy przyjemności właśnie ....budują tak naprawdę nasze samopoczucie. I po2. napomknąć, że na świecie dzięki tym naszym przyjemnostkom(często gęsto trochę dziwacznym - np jak latanie w grudniu na boso) jest po prostu barwniej...I tak oto znów wróciliśmy do KOLORÓW z początku mojego posta. A na świecie różne są przecież kolory....Przypomniałam sobie o tym czytając ostatnio mojemu synkowi:

"Różne na świecie kolory:
srebrzysta woda w kubełku,
szare myszęta w pudełku,
niedźwiadek z pluszu niezdarny,
rudy, pod brzuszkiem czarny...
A jeszcze z pięknego złota
świecące oczy u kota,
a jeszcze niebo przejrzyste,
wymyte błękitem, czyste...
A jeszcze drzewa zielone,
rybki w akwarium czerwone
i fijołkowe kwiatuszki
u żółtej od piasku dróżki...
A jeszcze pomarańczowe,
obłoki przedwieczorowe,
a jasne synka kędziory,
te najpiękniejsze kędziory...
Różne na świecie kolory..."

J. Czechowicz

Życzę Wam udanego dnia, magicznej kawki milczki i melodii radosnej w sercach. Ii pamiętajcie:
środy są jednymi z najlepszych dni do sprawia sobie małych przyjemności:) :):)









środa, 11 listopada 2009

PTASZKI bajeczne choc zima, scenografia rozpoczęta, a dynia już u mety.

Ptaszki bajkowe przylecą już niedługo do malutkiej Gabrysi i Bianki. Zrobione są powłoczki na poduszki - robią się kocyki, poniżej wklejam specjalnie zdjęcia dla Justyny:) - O, takie oto będą zestawy dla Waszych dziewczynek:



Ale , żeby nie było, że tylko dziewczynki mają swoje motywy z manufaktury Green Canoe - proszę bardzo, robi się również kamizelka dla Ignasia:) Madziu - oto wasze ferrari:) na kocyku też będzie. Co prawda na razie jeszcze jest "w fabryce", to jedynie sam wykrój - ale już niedługo wejdzie "na kanał" :), niechaj tylko ptaszki skończę.

A dla synka w tzw międzyczasie oczywiscie - czyli nocą po prostu, kończę scenografię teatralną do pierwszego przedstawienia - zimowego ma się rozumieć. Chcę napisać bajkę o Bożym Narodzeniu - dostosowaną do wieku Leosia, opartą na małej ilości informacji, ale wielu kolorowych obrazach i radości wszechobecnej. Narazie udało mi sie skończyć scenograficzne 2 zimowe domki, choinke, kota, biedroneczki, ptaki i kilka kukiełek. Najważniejszych bohaterów Bożonarodzeniowego przedstawienia zostawiam sobie na koniec. Obiecuję , że za kilka dni wsadzę tez na KREATYWNĄ MAMĘ tutorial samego teatru. Została mi jedynie kurtyna do uszycia. Na razie malutkie migawki scenografii:







Posta dzisiejszego zakończę kulinarnie - dyniowym akcentem. Dynia w naszym domu dobiegła co prawda już do mety - w zeszłym tygodniu zrobiłam jeszcze ostatnią dyniową konfiturę, i ostatnie gary zupy dyniowej na POTEM :). Ale dziś chciałabym Wam zapodać pomysł na SZYBKI (jak to u mnie)
i mało absorbujący, a pyszny obiad:



ZAPIEKANKA MAKARONOWA z dynią.

Potrzebne są

*1 mała dynia ( albo ćwiartka dużej)
* brokuły - świeże , lub 1 opakowanie mrożonych
* opakowanie makaronu z pełnego ziarna najlepiej
* opakowanie sera fety (tudzież typu feta)
* 2 jajka
* 3 łyżki śmietany lub jogurt naturalnego
* kawałek startego żółtego sera


Dynię kroimy w kostkę,posypujemy sola - odstawiamy na pol godz. Jak puści soki - odlewamy je a dynie wsadzamy do piekarnika na 10 minut na 200 st - wazne by dynia polana była oliwą. Niech sę zarumieni w tym piekarniku. W tym czasie - makaron podgotowujemy - około 3 minuty. Odlewamy z wody, wyjmujemy brokuły, jajka "bełtamy" ze śmietaną. Wyjmujemy z piekarnika dynię. W dużej formie układamy - makaron, brokuły, dynię, fetę. Przyprawiamy sola, pieprzem, rozmarynem, papryką czerwona słodką. Zalewamy wszystko jajkami roztrzepanymi ze śmietaną i DO PIEKARNIKA, na 180 st , około pół godziny. % minut przed wyjęciem posypujemy startym żółtym serem.
Nie liczcie na to, że obiad zostanie jeszcze na jutro:):):):)

A Oto dyniowa migawka, przed włożeniem do piekarnika:

Poproszono mnie także niedawno o poinformowanie Was o tragicznej sytuacji kotów w Stoczni Gdyńskiej i Szczecińskiej. Informuję zatem - tych kotów jest tam naprawdę dużo, żyją w tragicznych warunkach i potrzebują naszej pomocy. Więcej info TUTAJ.

Jeśli jednak piszę już o pomaganiu, to być może przekornie, ale chciałabym przypomnieć, że oprócz zwierzaków, pomocy potrzebują także LUDZIE - ciągle..... Zima już do nas dotarła, tylko patrzeć ja przyjdą mrozy. W noclegowniach dla bezdomnych brakuje jak zwykle kocy, ciepłych ubrań, jedzenia...Nie zawsze ludzie którzy nie maja domu, to potocznie zwane "pijaczyny",... nie zawsze człowiek jest w stanie przewidzieć swój los.......pamiętajmy o tym. A okres zimy i świat nie dla każdej rodziny jest uroczy....Tak tylko po cichutku o tym wspominam - może warto się rozejrzeć.....czasami za drzwiami obok, ktoś czeka.

Pozdrawiam Was ciepło.



środa, 4 listopada 2009

KAMIZELKA ...z reniferkiem.

No..., to po jesieni....Nie wiem jak u Was – ale u nas ZIMNO, i to jak diabli. Szron od kilku dni siedzi twardo na ziemi, na tarasie, na barierkach...kurczowo trzymając się tego swojego jestestwa. Co rano próbuję z nim negocjować, uderzając w czułą nutę – że jeszcze smukłych Róż nie zabezpieczyłam, że eteryczna Magnolia jeszcze bez zimowego ubrania, że ręce mi kostnieją przy ogrodowej pracy....a ten NIC, ani drgnie. Leo po kilkunastu minutach spacerku zawraca w stronę domu, psy i koty się wtulają w co mogą, a wicher drań najpierw bez uprzedzenia pozabierał jesieni wszystkie liście, a teraz nieustannie smaga bezlitośnie wszystkie gałęzie drzew. IDZIE Pani ZIMA...Ludziska kochane - ogłaszam publicznie – wyciągajcie ciepłe skarpeciochy, pantalony, swetry, kamizele, i nalewki:):) Trzeba się jakoś bronić. Ja zaczęłam od kamizelki ocieplaka dla synka. Takiej:


Powstawała w 2 dni,( w tzw. międzyczasie oczywiście) Wykorzystałam do tego bardzo gruby polar, mulinę i wyobraźnię. Kamizelka okazała się strzałem w 10 – mały nie musi nosić na sobie grubaśnych, ograniczających ruchy swetrów, a jest mu ciepło, i co najważniejsze wyraźnie ją polubił. Wkładam mu ją w domu, lub pod kurtkę – żeby grzała plecki i brzuszek. Do kompletu dorobiłam jeszcze domowe kapciuszki. Obdarowany Leoś wygląda teraz jak rozbrykany zimowy elfik:)
Oto migawki kamizelkowe:

Dokładne kamizelkowe JAK TO ZROBIĆ, KROK PO KROKU – znajdziecie na blogu, który założyłam specjalnie dla tego typu tutoriali – tzn dotyczących świata dzieci. KREATYWNA MAMA, jest miejscem gdzie będę pokazywała, jak czaruję dla naszego synka. I mam ogromną nadzieję, że dzięki pokazanym tam dokładnym instrukcjom uda mi się zachęcić innych rodziców, by Ich rodzinna przestrzeń pełna była wspólnie spędzonych magicznych chwil i przedmiotów jedynych w swoim rodzaju, bo zrobionych przez samych rodziców i z miłością. W prowadzeniu tego bloga czynnie pomagał mi będzie kreatywny tatuś czyli Paweł:) Przećwiczyliśmy to już przy tworzeniu dla Leosia TEATRU i współpraca wyszła nam cudna...ale napiszę o tym w innym poście:) Oczywiście pokażę, jak krok po kroku taki teatr dla swojego dziecka popełnić. Swojego jeszcze nie skończyliśmy, robią sie kukiełki, scenografie, kurtyna, czeka jeszcze sporo elementów do pomalowania....ale żeby Was zaintrygować:)...o proszę, taka migaweczka bardzo robocza - z montowania nie pomalowanych jeszcze zawiasów:


I informacja dla zamawiających komplety tulikowe – się robią. Czekałam jakiś czas na polar, ale dotarł wreszcie, więc ruszam z dalszą pracą. Wracając do tematu dzisiejszego posta czyli RENIFKAMIZELKI:) - zachęcam Was serdecznie do uszycia maluchom tego ocieplaka. Jeśli nasza kamizelka i instrukcja jej wykonania stała się dla Was inspiracją choćby malutką i uszyjecie coś dla swoich pociech – koniecznie przyślijcie mi fotki, pokażę je na pewno na Kreatywnej Mamie, bo ta nazwa nie dotyczy tylko mojej osoby – prawda mamuśki????

Kończę już...czas na herbatkę z miodem..i kapkę naleweczki mirabelkowej...ot, tak dla zdrowotności:)

wtorek, 27 października 2009

DOTYK NA DOBRY SEN , białe kosze, zdobycz wyczekana i pachnące jabłonią świeczniki.

Jest jedną z najstarszych dziedzin wiedzy lekarskiej. W starożytności był uzupełnieniem obrzędów religijnych. W Indiach i Chinach, skąd sie wywodzi, wchodził w zakres rytuałów religijnych, tzw. medycyny sakralnej - kapłani zalecali stosowanie go jako metody leczniczej. Dokładne wskazówki wykonywania MASAŻU, bo o nim mowa, znajdziemy już w hinduskiej księdze mądrości: "WEDZIE", pochodzącej z 1800 r. p.n.e. I skoro sam Hipokrates zalecał stosowanie masaży w niektórych jednostkach chorobowych...cóż ja mogę napisać więcej? Może tyle tylko, że dobroczynny dotyk drugiego człowieka niesie ze sobą jakże upragnione ukojenie dla ciała i duszy.
Zapewne wielu z Was ma już swoje "masażowe kąciki" w domach, nasz doczekał się wreszcie realizacji. Do tej pory wszelkie oliwki, masażery, maści i kremy, tułały sie po rożnych koszykach, często gęsto poszukiwane zresztą. Ale to już przeszłość:) Od niedawna, całkiem na STAŁE są tuż "pod ręką":) Pobieliłam prosty wieszak, dodałam do tego również pobieloną tabliczkę z naprędce jakby napisaną własnoręcznie maksymą: " Sen jest balsamem dla duszy" ( a wiecie, kto napisał te słowa??), do tego uszyłam woreczek na oliwki, doszyłam tasiemki na inne masażowe gadżety - i jest. Całkiem profesjonalny, w prowansalskim stylu, podręczny zestaw zdolnego masażysty, bądź masażystki oczywiście :) Teraz mój zbuntowany kręgosłup może się sobie buntować, a proszę bardzo...................Żartowałam ( i mam nadzieję, że tego nie usłyszał) :) Poniżej migawki .




Pobieliłam ostatnio również całą stertę koszyków ( jak wpadam w trans to bielę na potęgę) Najbardziej zadowolona jestem z dużego kosza, o którym wspominałam wam w którymś, z wcześniejszych postów- znalazł miejsce w mojej pracowni i wreszcie mam gdzie trzymać wszelkie nie wykorzystywane akurat materiały.....Poupychane dotąd w reklamówkach, workach i torbach wszelakich - maja już swój wiklinowy przypiecek:) a ja mam święty spokój. Pytacie mnie ostatnio bardzo często czym maluję wiklinę - odpowiadam więc publicznie, aby się nie powtarzać. Wiklinę maluję farbą akrylową, miękkim pędzlem( mowa o miękkim włosiu), trzykrotnie. Pierwszy raz - maluję farbą z dodatkiem wody, uważając aby dotrzeć we wszelkie szczeliny i by nie dopuścić do zacieków, następne dwa razy - już bez wody, metodą suchego pędzla. Oczywiście za każdym razem czekamy aż poprzednia warstwa całkiem wyschnie. Używam farby duluxa, jakoś najlepiej mi się do wikliny właśnie ona sprawdza. Proszę zatem, oto migawki z pobielonymi koszami, jak widzicie, maja naprawdę różnorakie zastosowanie - ot, bielenie użytkowe...:)





A teraz będę się chwaliła:) Upolowałam, cudem chyba, następny chlebak z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Tym bardziej mi bliski sercu - bo z polskim napisem, a takich rarytasów coraz mniej w starociowych kręgach. Co prawda, któryś z poprzednich właścicieli nierozważnie (mówiąc delikatnie) zamalował odpryski emalii farbą olejną, ale mam nadzieje, że sobie z tym poradzę. Czcionka jakże charakterystyczna dla tego okresu, a sam chlebak... no magia po prostu....Okres dwudziestolecia międzywojennego w Polsce to temat na całkiem osobny, napisany z dbałością dłuuuuugi post...Dziś przytoczę jedynie kilka hasełek z ówczesnych plakatów handlowych: "cukier krzepi", "minęły czasy prababek - prasujcie elektrycznością", "gotuj gazem", "najlepsza kąpiel na gazie":):):) .....mam nadzieję, że sprowokowałam was do poszperania w necie i poszukania ciekawostek dotyczących naszej historii z tych lat, i zwróćcie proszę uwagę jak cudna była wtedy grafika, ...prawda?



Na zakończenie pokażę jeszcze nasze domowe jesienne świeczniki from NATURA:) Jabłeczniki kominkowe. Robimy je prościutko -łyżeczką wydrążamy miejsce na świeczuszkę, i JUŻ....from natura jak malowane:) . A jak jabłko podeschnie - ususzyć je sobie możemy, na sznureczek , przy kominku - wyschnie w kilka dni i na Wigilijny kompot przyda się na pewno. Na ostatnim zdjęciu pysznią się w oknach nowo popełnione przeze mnie śmietankowo waniliowe lambrekiny. Nie będę pisała ile się nad nimi namęczyłam, i jakież to były wieczne katusze nad maszyną typu ŁUCZNIK. ( Mój kawaler Pan Maszyn Łucznik ma tyle lat, że mu chyba laskę kupię....i żeby było jasne - do podpierania) Reasumując temat szycia lambrekinów - napiszę tylko, że nawet za milionpięćsetdwadziewięćset w życiu nie będę więcej tego szyła. I proszę nie przebijać stawki - bo nie dam sie w żaden sposób przekupić :)



A na dowidzenia już, ze spuszczoną głową, przyznaję się do zaniedbania haniebnego - nie dotrzymałam terminu opowiadania do Koła Gospodyń Wiejskich...., głupio tym bardziej, że sama tego bloga założyłam. Bez zbytnich tłumaczeń -najzwyczajniej w świecie zapomniałam. Tyle się nam ostatnio w życiu dzieje, nie będę nawet opisywała, bo naprawdę niezła to kołomyja, a jak jesień, to i dodatkowo "robota w polu", 30 taczek obornika sobie ot tak od niechcenia:) , porozwoziłam po ogrodzie....to i zapomniałam...BO taka woń TO daje w skroń:):):):)
I do dziewczyn, które mi zrozpaczone piszą maile, że jakie to one są niby beznadziejne i sie nie wyrabiają z niczym, i jak to jest, że tyle tu sobie tworzę, i jeszcze mam małe dziecko, i rade daję i w ogóle i.....i..........i............i się z reszta obowiązków jeszcze wyrabiam...Dziewczyny, a kto Wam powiedział, że ja sie wyrabiam????????????:):):):) No kto??? :):)

poniedziałek, 19 października 2009

LONIA dołącza do rodziny, Leo ma wizytówkę, a zwierzyniec grzeje kości.

Zacznę od tego, że w najśmielszych snach nie spodziewałam się tylu komentarzy pod poprzednim postem - bardzo Wam wszystkim za nie dziękuję i za całą dobrą energie, którą mnie obdarowaliście. Było mi niezwykle milo czytać tak wiele ciepłych, dobrych słów. I bardzo się cieszę, że ta strona daje tylu osobom pozytywnego KOPA :) W miarę moich możliwości czasowych, postaram się dalej Was "pozytywnie bodźcować" :) A z domowych newsów - Tolkowi przybyła siostra, a nam nowa kjóiczka do rodziny:) Mowa o LONI. Jako, że jestem zdecydowaną fanką "ratowania" starych zabawek - LONIA została przez mnie wyratowana:) Recykling to się fachowo nazywa:) Nie pytajcie jak Lonia wyglądała PRZED...szkoda o tym mówić po prostu, w każdym bądź razie - poświęciłam jej "trochę" czasu, nagadałam najpierw aby uwierzyła siebie:), potem zrobiłam nowe oczka, nosek, ubrania, i nadałam różowy babski IMAGE :) Kąpiel w pianie, puder na nos.....No i Lonia finalnie okazała się całkiem fajną kjóisią:) A teraz to muszę synkowi wreszcie jakiś samochód uszyć, żeby jakaś harmonia była:) a nie tylko kjóiki i kjóiki...Do pokoju Leonkowego przybyła jeszcze wizytówka głównego urzędującego - zrobiona w międzyczasie tzwanym. Tak się miło bowiem składa, że zasypaliście mnie zamówieniami na zestawy TULIKOWE na jesień dla swoich dzieci, no i je "dziergam"....i woreczki na grzybki i inne skarby dziergam też....a w trakcie przerwy - postanowiłam dla "przewietrzenia estetycznego" uszyć Leosiowe literki. O tak to sobie teraz wygląda:


A, że jesień w tym roku zaskoczyła Polskę klimatami śnieżnymi i pogodą mało subtelną - zwierzęta nasze, które zazwyczaj wolą żyć na zewnątrz domu - tym razem zdecydowanie wybrały chałupę:) Pierwsza do domu wparowała LILU okupując godzinami kominek, kosz na drewno, i Leosiowy zestaw TULIKOWY...Czabrang bez żenady opanował salonową część - i najpierw bawi się Leona kaloszkami, a potem rozwala na dywanie niczym lord, Wałek cichutko kima pod stołem, a Malibu...zwana też Bogusią:) - wybrała...Leosiowe łóżeczko. Jak tylko wchodzi ktoś do pokoju - to czmycha stamtąd w pośpiechu ( wiedząc doskonale, że nie wolno jej spać na poduszce Leo), ale jak tylko wychodzimy z pokoju - spowrotem wraca na swe "legowisko"...Przestałam już z nią walczyć - rozpościeram na łóżeczku ręcznik:) Zdjęcia nie dałam rady jej zrobić - bo czmycha:)




Chciałabym Wam jeszcze dziś polecić kolejne blogowe magiczne miejsce do odwiedzenia: zapraszam Was na bloga ORI, która ma duszę pełną miłości - do życia, świata..., przyrody....i do zwierzaków. ORI jest osobą, której warto poświecić w internetowych wędrówkach więcej czasu, którą warto poczytać ( pisze również do Koła Gospodyń Wiejskich), pooglądać (robi cudowne zdjęcia), posmakować ( podaje cudne przepisy); zresztą, co ja Wam będę za dużo pisała, zobaczcie sami, o : TUTAJ

Na dziś mówię dobranoc, i pozdrawiam... jesiennie...choć z przymrozkiem:)

wtorek, 13 października 2009

ALKOWA...sypialniane tajemnice śnione....

Być może trudno będzie Wam w to uwierzyć, ale praktycznie do początku 18 wieku ludzie nie mieli sypialni - w znaczeniu miejsca wyznaczonego do snu. Pomieszczenia były zbiorcze i nie istniało zjawisko domowej prywatności....Osoby, które chciały pobyć przez jakiś czas same i zamknąć się np. w pokoju - odbierane były jako DZIWACZNE....ot, dusze zwichrowane jakieś. Jeszcze w 17 wieku całe rodziny, a w bogatszych domach wraz ze służbą - spały na rozkładanych łózkach, które rano były składane. W tym samym pomieszczeniu się spało i jadło, pracowało, i rozmawiało itd.....Dopiero 18 wiek podarował nam SYPIALNIĘ - czy też ALKOWĘ ( alkowy wydzielane były w biedniejszych domach, były to pomieszczenia bez okien z wstawionym jedynie łóżkiem) Już wtedy sypialnia umieszczana zostawała zazwyczaj na piętrze, tak aby gospodarzom domu zapewnić intymność i możliwość spełniania nadanej jej funkcji:) Zresztą umieszczanie sypialni na wyższych kondygnacjach do dziś jest obecne w małej architekturze - spójrzmy na własne domy... A zaczęłam od tego krótkiego rysu historycznego, bo dziś chciałabym Wam napisać o tym, jak ważny jest dla nas SEN i miejsce w którym odpływamy w jego ramiona. Morfeusz' owskie chwile to dla mnie SKARB NAD SKARBY. Paweł zresztą też ceni sobie ten czas, tym bardziej, że odkąd urodził się Leo...no cóż - sami wiecie jak to jest z małym dzieckiem: pozarywane nocki - kilkakrotne wstawanie, czujny sen na tzw zająca, i ciągłe wrażenie niedospania. Zanim przeprowadziliśmy się tutaj mieszkaliśmy w bloku - w mieszkaniu zaprojektowanym współcześnie - dość dużym ale 2 pokojowym ( czyli salon z aneksem kuchennym o bardzo dużej powierzchni i mała sypialenka) Efektem odwiedzin gości, ( a tych mieliśmy zawsze sporo) było nasze spanie pod barem, jak to ja zwykłam żartobliwie nazywać
( kuchnia od salonu oddzielona była blatem bardzo dużym i wysokim - przy którym stały hokery, a pod którym to spaliśmy), swoją sypialnie bowiem oddawaliśmy uprzejmie gościom.
Zamarzyliśmy sobie z Pawłem właśnie wtedy, że jak już kiedyś byśmy mieli ten swój wymarzony dom, to w nim na pewno, na bank, na milion procent będzie NASZA i tylko NASZA sypialnia. Opatulona prywatnością nad prywatnościami. ...No.... i mamy ją:) I jest jak najbardziej tak, jak postanowiliśmy - sypialnia jest TYLKO nasza, nawet jak mamy tabuny gości, to drzwi od NASZEJ sypialni są ZAMKNIĘTE:):):), Prywatność nad prywatnościami w końcu nie może ot tak sobie być wystawiona do użytku publicznego, prawda??? W tym pomieszczeniu zostawiliśmy dechy - cała sypialnia jest nimi obita- na styl pomieszczeń szwedzkich, dechy zostały jedynie zawoskowane na biało. Jest raczej ascetyczna, ale delikatna.....umieściliśmy w niej jedynie wygodnie łózko i 2 komody na bieliznę osobistą...no i NAJWAŻNIEJSZE - otaczają nas okna z trzech stron. Kiedy zasypiamy - patrzymy prosto w niebo, które nad nami WISI po prostu....Zawsze mówię moim przyjaciołom, że teraz, to mieszkamy sobie na dachu świata:)....Magicznie jest zasypiać patrząc prosto w gwiazdy. Ale nie pokaże Wam dziś sypialni...:):):)......Pamiętacie? - prywatność nad prywatnościami:):):) Pokażę za to następne wianki, które umemłałam wczoraj z darów jesieni przywleczonych znów z lasu i ogrodu. Jeden z wianków zawisł właśnie na drzwiach do sypialni jako nasza wizytówka, zaś napis na owej wizytówce (dokładnie na małym pobielonym domku który do wianka dołączyłam) mówi sam za siebie...I nie jest ważne z której strony domku napis się wyłoni:)......i tak wiadomo, o co sie uprasza:)





Błękitne hortensje, wrzosy delikatnie różowe, mech, mróz, trzmielina....Oto nasza sypialniana flora wiankowa:) Starałam się, by wianek był delikatny i pastelowy - w tonacji narzuty na łóżku.





Drugi wianek zawisł przy letnim wejściu do domu - czyli z tarasu. Różowe nasycone kolorem hortensje, mech, ciemno różowy rozchodnik, jałowiec, thuja - oto składniki wianka jesiennego przy kąciku fotkowo rodzinnym.

Jesień daje nam tyle skarbów - że grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Za każdym razem więc, jak tylko spacerujemy z Leosiem, wracam do domu z naręczem wszelkich patyków, kłączy, liści itd...i memłam sobie wianki:):) Nie wiem jak u Was, ale tutaj jeszcze nie ma CZERWIENI na liściach...oj czekam na to, czekam:):):) A w taką pogodę jak dziś (mieliśmy tu prawdziwe 4 pory roku - łącznie z opadami śniegu, wichurą i zalaniem słońca) siadam do zaległych lektur ogrodniczych i hobbistycznych, które to sobie przez cały rok zbieram do koszyków - na jesienne brzydkie dni właśnie. I co mi tam deszcz za oknem - otwieram Werandę Country, Habitanę czy magazyny ogrodnicze...i TONĘ po prostu w barwach kwiatów, aksamicie zasłon, i zapachu letnich łąk. I jeszcze odnośnie koszy - wiem, że moje kochanie już reaguje nerwowo na kolejne zakupy wikliniarskie, ale ja nie umiem sie powstrzymywać - jestem koszykowym nałogowcem:) Mamy w domu koszy ....i ciut ciut.....Ale żeby nie było za nudno - ja je sobie co jakiś czas zmieniam:) , a to uszyję nowe ubranko, a to przemaluję, a to rączkę starawą przerobię....Ostatnio przywlekłam od mojej mamy (ba ...300 km wlekłam:) - nasz stareńki ponad 30 letni ogromny kosz niegdyś bieliźniany, w formie beczki. Będę oczywiście przerabiać:) Jeszcze nie wiem jak....ale jak napisałam w poprzednim poście - co się odwlecze, to nie uciecze. Poniżej niektóre z moich koszyków, pobielone.



A już tak na sam koniec....tylko wczoraj ( w jednym malutkim poniedziałkowym dniu) odwiedziło moją stronę 700 osób. I wiecie co, moi mili? Ja zupełnie nie wiem KIM WY JESTEŚCIE????????:):):) Komentarze zostawiają głównie blogerki, znane mi i bardzo lubiane, ale myślę, że jednak dużo osób, które mnie sobie być może do kawki podczytuje, nie ma blogów...Czy się mylę? Powiedzcie mi kim jesteście:) Dziś zróbcie proszę wyjątek i poświęćcie jeszcze mi dodatkowo 2 minuty - zostawcie pod spodem komentarz - może być jako wpis ANONIMOWY, nie musicie sie podpisywać...chciałabym tylko się dowiedzieć, kto zechciał poświecić mi czas i dotrwać do końca tego posta:) Jak odnaleźliście tę stronę? Kim jesteś mój miły czytelniku, gdzie sobie żyjesz????? i co porabiasz???:) Pozdrowienia wysyłam WAM WSZYSTKIM :) z deszczowego sosnowego lasu. Pozdrowienia ode mnie, od Leosia opatulonego w lwi komplet (owszem, śpi znowu na dywanie przed kominkiem:):):), i od mojego drugiego połówka - kochania nad kochaniami, który bardzo dzielnie znosi me wszelakie dziwactwa - i uwierzcie mi, że te koszykowe są tu pestką:):):
Czekam zatem na wasze "wpisowe pomachanie"
:)

niedziela, 11 października 2009

ROBIMY LAMPĘ szyszkową - krok po kroku.



Mam już komplet!!! :) Odgrażałam się jakoś zimową porą, że do drzewka szyszkowego, które popełniłam dorobię kiedyś lampę na ciemne chłodne wieczory - zdecydowanie poprawiającą swym światłem nastrój. I co się odwlecze to nie uciecze:) Zrobiłam:) :) Jako że lubię bardzo ciepło światła lampek choinkowych, postanowiłam, że to one właśnie będą w mojej lampie źródłem światła, i że wkomponuję je w szyszkową DUUUUUŻĄ kulę. Tak, by pasowała stylistyką do wcześniej wykonanego drzewka. Lampa wyszła taka, o jakiej marzyłam - klimaciarska, nietuzinkowa, uroczo wsiowa:) i dająca bardzo ładne, nie narzucające się światło. Jest mojego wzrostu - czyli 160 cm:) No powiedzcie - czyż to nie idealny wymiar:)???...jak na lampę ma się rozumieć:) Nie będę pisała, że lampę drzewo wykonuje się łatwo i przyjemne....bo może i przyjemnie to i jeszcze owszem (no.... poza momentami, kiedy poparzyłam się klejem), ale na pewno nie jest łatwa do zrobienia. Jestem jednak przekonana, że warto poświęcić kilka wieczorów i spróbować ją zrobić....choćby dlatego, że sprawdzi się nam świetnie nie tylko jesienią ale i zimą - ozdobiona świątecznymi jabłuszkami, suszonymi plastrami pomarańczy - czy czymże jeszcze tam sobie nie wymyślicie. Jeśli podejmujecie wyzwanie:) - poniżej przedstawiam KROK PO KROKU, by było Wam łatwiej, ale na początku - sama bohaterka dzisiejszego posta:

A teraz do rzeczy - do wykonania lampy potrzebne będą wszelakie przydasie następujące: KULA styropianowa o średnicy minimum 30 cm ( do kupienia na allegro),/ szyszek wiaderko,/ koronki w kolorystyce jaka będzie Wam pasowała do wnętrza, ja mam akurat ecru z bielą - ale to indywidualna sprawa,/papierowe bądź koronkowe kwiatki - ja mam różyczki zakupione na allegro (różyczka o średnicy minimum 3 cm, zaś koronkowe kwiatki zrobiłam sama - pokażę potem jak,/ LAMPKI CHOINKOWE - najlepsze byłyby LEDowe,/pistolet na gorący klej ( do kupienia na allegro i wkłady do tego kleju - od razu kupcie więcej, bo dośc szybko się zużywają/sizal/.

Jeśli wszystko zbierzecie - to ruszamy z pracą. Kulę styropianową całą obklejamy szyszkami - gorącym klejem. UWAŻAJCIE na pistolet i klej - są naprawdę gorące, ja się niestety przez nieuwagę poparzyłam. Od razu uprzedzam, że zaklejenie tej kuli jest czasochłonne - jeśli macie samozaparcie zajmie Wam może jeden wieczór, ale raczej załóżcie 2 wieczorki. Nie przejmujcie sie tym że macie dziury - i że szyszki nie są idealnie jedna przy drugiej - tego nie będzie widać przy efekcie końcowym. Kiedy macie już gotową obszyszkowaną kulę, przystępujemy do WCISKANIA między szyszki lampek choinkowych. Nie przyklejamy ich!! - w przypadku jakiejś awarii z elektryką, tj np zepsucia kabla lub innych tego typu niefajności z lampkami - musimy mieć możliwość dość łatwego demontażu lampek i wymiany ich na nowe.

Zalampkowana szyszkowa kula wygląda tak:

Nadszedł czas na bibelociki:):) Czyli kwiatki - koronkowe, papierowe - a może np jakieś malutkie owoce typu jabłuszka?????....Mamy tu duże pole do popisu - i dzięki temu, nasze lampy mogą być "szyte na miarę" - mówić o tym, co nam indywidualnie w duszach gra. Moja lampa ubrana została w białe i ecru różyczki i kwiaty z koronki, o takie:

Robione tą metodą:

I przyklejane gorącym klejem - klej nanosimy na tył kwiatka i wciskamy go w puste miejsce między szyszkami w kuli. Ilośc użytych ozdób - zależy tylko od Was.


Kiedy powklejacie już w kulę ozdoby - czas na KIJ. Czyli pień naszej lampy drzewa:) Użyłam do tego trzonek od łopaty:) Paweł na końcu ów trzonek naostrzył - nabiłam na niego kulę, a sam trzonek owinęłam ecru materiałem koronkowym ( UWAGA pod materiałem puśćcie kabel od lampeczek - aż do samego dołu, tak, aby nie był nigdzie na wierzchu) i dodatkowo owinęłam sznurkiem szarym - w ten sam sposób mam zrobiony trzonek w małym drzewku szyszkowym. I teraz najważniejsze - PODSTAWA. Musi być bardzo stabilna. Są dwa sposoby: 1. bierzemy wiaderko, wkładamy kij do środka i zalewamy wcześniej przygotowanym gipsem czy betonem. Mamy dolne obciążenie, które umieszczamy w koszu, donicy glinianej...tu tez dowolność. 2 sposób - bierzemy duży kosz, lub donicę, wsadzamy kij i obkładamy kamieniami - aż do samej góry. Ja zastosowałam tę drugą metodę. Na wierzchu zaś ułożyłam MECH - wygląda to tak:


I JUŻ:) podłączcie do prądu iiiiiiiiiiii.............no co ja będę pisała elaboraty:) - jest po prostu BOSKO :)





POWODZENIA!!!!! :):):):) AAAAAch, bym zapomniała - obiecałam Wam jeszczeTUTORIAL wiankowy - ale zanim zaczęłam go robić, znalazłam idealny i niedawno zrobiony u Elizki:), Nie będę sie więc powtarzała - bo robię wianki praktycznie tak samo jak Ona. Wejdźcie sobie do niej i zobaczcie o TUTAJ proszę:) Kończę już na dzisiaj, idę posiedzieć i podumać przy lampie:)

środa, 7 października 2009

LWY ryczące przed kominkiem...czyli TULIMY się jesienią:)

Miałam wczoraj naprawdę fatalny dzień. Taki dzień z serii czarnych zdarzeń od samego rana i chęci mordu- taki dzień, że chce sie o nim jak najszybciej zapomnieć.
Nie będę sie w szczegóły bawiła, bo ochoty na to nie mam żadnej - prawda jest tylko taka, iż wieczorem poczułam, że jeśli NATYCHMIAST nie zrobię czegoś pozytywnego - to się najnormalniej na świecie rozryczę. I wymyśliłam że zrobię TULAKI dla Leo przed kominek. Kominek w naszym domu pełni rolę szczególną, bo oprócz tego, że ogrzewa nam pomieszczenia, oprócz tego, że podarowuje nam wieczorami KLIMACIARSKIE chwile, to jest jeszcze RODZINNYM ZLENIWIATOREM:):):) Tak, tak....jak się pali w kominku to nijak się po prostu nie da NIE POŁOŻYĆ na grubym dywanie (dywan jak się domyślacie leży przy kominku) i nie poprzytulać się...No my rady nie dajemy - i się przytulamy:) A Leo, jak już pokazywałam we wcześniejszych postach, bardzo często sobie na owym dywanie zasypia:) I właśnie wczoraj pomyślałam, że skoro tak dużo czasu w ciągu dnia z Leo na owym dywanie spędzamy, bawiąc się , rysując czy leżąc - to uszyję dla naszego LWA SALONOWEGO:):):) poduchę królewsko dużą i koc, taki ZESTAW OSOBISTY:) Zaczęłam wczoraj późnym wieczorem- skończyłam dziś przed południem. Mały obudził się akurat z przedpołudniowej drzemki, która to zawsze odbywa się na dworze, wszedł do salonu iiiiii........

Ależ się synek chicholił i chicholił:):):) Bardzo lubię widzieć, że rzeczy które robie Leosia, po prostu mu sie podobają. A teraz info: zestaw TULAKOWY składa się z : dużej poduchy ( poducha o typowo angielskim wymiarze - tzw jamnik, czyli 40 cm na 75 cm) i sporego kocyka. Materiał wykorzystany do tulaków to gruby polar, LWY, które są motywem przewodnim również uszyte zostały z polarów w klku kolorach - pomarańcz, ecru, jasna zieleń. Nie ukrywam- motywy lwie i napisy to tzw KORALIKI....czyli drobnica, dużo roboty i czasochłonne....ale czego nie robi się dla swoich dzieci:):):) prawda? A szczegóły LWIEGO zestawu TULAKOWEGO zobaczcie sami. Co prawda zdjęcia nie oddają ani nasycenia kolorów ( w rzeczywistości są bardziej żywe), ani ogólnego wyglądu ( w rzeczywistości wygląda wszystko po prostu lepiej:):):), ale widać ogólna idee, więc - WUALA :) TADAAAAM!!!!:)






A jeśli ktoś by miał wątpliwości kto w naszej rodzinie jest KRÓLEM LWEM, to proszę:


RAAAAAAAAUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU :) :) :) dla wszystkich odwiedzających:)
(to był Leosiowy RYK :)

Poniższe zdjęcie wklejone jest dzień po napisaniu tego posta - TULAKI się sprawdziły!!!!!!!!:):):):):):) Na poduszce Leo sobie leży i ogląda książeczki, pije poranną kaszę, no i śpi:) A koc, ....no sami widzicie:)

poniedziałek, 5 października 2009

JAK dobrze mieć SĄSIADA...








Jak dobrze mieć sąsiada,
Jak dobrze mieć sąsiada,
On wiosną się uśmiechnie,
Jesienią zagada,
A zimą ci pomoże
Przy węglu i przy koksie
I sama nie wiesz, kiedy
Ułoży wam rok się.

Gdy furę zmartwień, kłopotów masz huk,
Do drzwi sąsiada zapukaj puk, puk,
Gdy spotkasz wrogów na drodze swej tłum,
Do drzwi sąsiada zapukaj bum, bum.

...

......i cóż by tu więcej napisać:):):):) Agnieszka Osiecka tekstem tej piosenki "powiedziała" po prostu wszystko. Ja dodam może od siebie tylko tyle, albo aż tyle, że mam WSPANIAŁYCH sąsiadów. Uzmysłowiłam sobie niedawno, że nie wspomniałam Wam o tym - a powinnam bez dwóch zdań. Bo bez ich obecności, dobrego słowa, uśmiechu, wspólnie wypitych kawek, naleweczek, zjedzonych grilli, obiadów i kolacji czy kiełbasek przy ogniskach - nie byłoby nam tu tak jak nam jest:):) Moi sąsiedzi sprawiają, że z większą radością wracam zawsze z wszelkich wyjazdów do domu, że rano chce mi się wyjść na spacer z Leosiem i psami i porozmawiać sobie z sąsiadami właśnie...a to na drodze, czy przy przysłowiowym płocie - tak po ludzku, o sprawach ważnych i sprawach błahych, że nie martwię się tzw. "problemami" dotyczącymi domu czy samego już życia na wsi - bo wiem, że tu ZAWSZE ktoś pomoże jeśli tylko jest taka potrzeba:), że z większą frajdą dbam o swój ogród - bo mam wsparcie innych zapalonych ogrodniczek:):):) itd..... nie zdołam wymienić wszelkich DÓBR nieocenionych, wnoszonych przez sąsiadów do naszego wiejskiego życia - tak wiele ich jest. Tacy sąsiedzi jak nasi, dają poczucie bezpieczeństwa, wspólnoty, i sielskości:) I wszystko dzieje sie tu OT tak zwyczajnie.....nie dzwonimy do siebie - zapowiadając się na kawę, po prostu się na tę kawę idzie, bo akurat po drodze i już:) Nikogo nie dziwi, że gospodyni przyjmie Cię w gumiakach i z uwalonymi ziemią rękoma, bo akurat sadzi funkie - ......funkie poczekają:), kawa z sąsiadem ważna rzecz przecież :):) A tak na serio - udało nam się zamieszkać w miejscu, gdzie mieszkają inni LUDZIE - prawdziwi LUDZIE z najprawdziwszymi uczuciami:)
Kiedy słyszę od moich znajomych, że nie znają swoich sąsiadów zza ściany czy z piętra, lub mijają się na klatkach schodowych często bez zwykłego "dzień dobry"...to aż trudno mi w to uwierzyć!!! A pamiętacie te dawne wizyty po przysłowiową szklankę cukru, które to często gęsto kończyły się pogaduszkami przemiłymi:)?....Teraz chyba mało kto ma czas na taką szklankę cukru u sąsiadki....Albo, być może, zaczynamy być społeczeństwem wyalienowanych rodzin, MY - tylko sami dla siebie??? ......Być może też brakuje najzwyczajniej dobrej woli, albo zmienia sie nasza mentalność narodowa.....Ja wiem jedno - JAK DOBRZE MIEĆ SĄSIADA:) Takiego jak za dawnych lat - ze szklanką cukru, dzień dobry, uśmiechem, zaufaniem i szczerą sympatią. Jolu i Andrzeju - nie mogliśmy wymarzyć sobie bardziej życzliwych ludzi obok:) Wiemy, że nas tu podczytujecie - więc mimo naszych codziennych spotkań - wysyłamy też Wam uściski blogowo wirtualne:):):) ...i ściskamy też cała naszą pozostałą sąsiedzką brać:):):) Nie będę wymieniać wszystkich z imion - bo trochę tych DOBRYCH sąsiadów jednak mamy:):) Ale bardzo ciepło Was wszystkich pozdrawiamy i dziękujemy - za to że jesteście tacy, jacy jesteście.:) I właśnie Wam dedykuję dziś tę oto cudną Alibabkową piosenkę:):):)
POSŁUCHAJCIE:)
***
A idąc dalej muzycznym tropem:

"Światem zaczęła rządzić jesień,
Topi go w żółci i czerwieni,....."

Z tą jedynie różnicą, że ja wcale nie chcę uciec od jesieni - bo jest za PIĘKNA!!!!! :) Nawet Czabrang widzi jej magię - założę się, że patrząc tak ostatnio przed siebie podziwia po prostu krajobrazy, ...bo kto powiedział, że psy nie maja poczucia estetyki???:):)

Życzę Wam pogodnego, jesiennie - słonecznego i obfitującego w miłe sąsiedzkie spotkania - UDANEGO TYGODNIA!!!!!:)


poniedziałek, 28 września 2009

Klamerkowe ramki i SIŁA genów - czyli dary od rodziny?

Mój Paweł lubi przytaczać powiedzenie, że "starość zaczyna się wtedy, gdy przestajemy planować, a zaczynamy wspominać:)" I jeśli to rzeczywiście prawda, to jestem chronicznie stara od dzieciństwa. Co prawda planuję sobie owszem różne tam plany zaplanowane :), ale odkąd pamiętam także WSPOMINAM. Jako mała dziewczynka robiłam SEKRETY pod drzewami (wiecie o co chodzi???) wkładając tam spisane wspominki z wakacji, lub co mi się przydarzyło ciekawego w danym dniu czy tygodniu. Myślałam sobie wtedy, iż jako dorosła już osoba odnajdę te sekrety i POWSPOMINAM właśnie:) Zobaczcie - jako 7, 8 latka wiedziałam już , że będę wracać do przeszłości:) Co prawda za diabła nie potrafiłabym dziś odnaleźć pozakopywanych sekretnych szkiełek - ale sam dziecinny zamysł jest godny WSPOMNIENIA w tym oto poście, nieprawdaż????:):):) Jakkolwiek byśmy się odcinali od przeszłości i jakkolwiek nie próbowali od niej uciec - i tak w głębi duszy wiemy wszyscy, że to nie jest możliwe... Prościej chyba byłoby sprawy bolące spróbować oswoić a te cudowne utrwalić - choćby wracając wieczorami do rodzinnych fotografii. Ja mam ich sporo - niektóre są naprawdę bardzo stare i prawie że siłą wyciągnięte od mojej mamy:):):) ( z obietnicą zeskanowania i oddania oryginałów:) Patrzę więc na te zdjęcia, z których prababcia wymienia spojrzenie badawczo a młodziutka babcia Zosia uśmiecha się zalotnie....ile w tych zdjęciach ŻYCIA!!!!! Tego najprawdziwszego, pachnącego latem, wiatrem, miłością i tragedią.... Słyszę stukot końskich kopyt, śmiech dzieci, nawoływania....... Ile w tych zdjęciach mnie samej...i naszego synka......Historia rodzinna toczy się bowiem dalej, niczym rzeka niesie ze sobą nasze losy. Siła genów sprawiła, że Leoś należy już nie tylko do mnie i Pawła...ale do całych naszych rodzin. Jego mała osóbka połączyła losy pokoleń setek ludzi z Mazowsza i Podlasia....czy to nie jest magiczne??? Jesień to świetna pora na rekonesans naszych rodzinnych historii - ja zaczęłam od wyeksponowania ważnych dla mnie zdjęć, czekam jeszcze tylko na fotografie od mamy Pawła. Żeby nie było sztampowo i za normalnie:) wymyśliłam sobie ramki klamerkowe - dają one możliwość szybkiej wymiany zdjęć kiedy się chce i jak często się chce. Ot, takie pranie z historii:):) Za tło posłużyła mi EKO tektura falista:) o cudnym kolorze pakownego papieru:), klamerki zaś są z bukowego drewna - w stanie surowym. Ramki - jak to u nas, stare raczej bardzawo:) i odnowione po prostu. Bejca ramkowa w kolorze mahoniowym i liźnięta na koniec ciemnym orzechem. Zdjęcia bardzo stare, więc zostaną zeskanowane i wydrukowane na grubszym papierze - grubości mniej więcej wizytówki - żeby sie nie zawijały. Na razie wiszą cenne oryginały.
Kącik klamerkowo ramowy zrobiłam w piątek, w niedzielę zaś - jak za sprawą czarodziejskiej różdżki mieliśmy w domu cudownych gości - odwiedziła nas lwia część rodziny Pawła:) a wisienką w torcie był dla nas stryj Henryk i Tadeusz, których ja miałam okazję dopiero poznać:) I wiecie co....to była jedna z najmilszych niedziel rodzinnych, jaką jak dotąd przeżyłam, a w stryju się od tej niedzieli durzę platonicznie po prostu i kropka :):) Kochani - bardzo serdecznie Was pozdrawiamy i dziękujemy jeszcze raz, że zechcieliście nas odwiedzić. Tadek - pamiętaj wyściskać od nas swoje dziewczyny:)
Ta niedziela uświadomiła nam z Pawłem, że poza genami rodzina przekazuje nam coś jeszcze - SIŁĘ, poczucie bezpieczeństwa, tożsamość i RADOŚĆ, z tego, że ma sie bliskich na których można liczyć, z którymi można pogadać naprawdę szczerze i po ludzku, pokłócić sie nawet, aby sie potem pogodzić:), poradzić.....pochwalić sukcesami i podzielić porażkami. Że nie jest tak idealnie, być może powiecie, że nie wszyscy są szczerzy, dobrzy i godni....Oczywiście, że tak....ale wierzę w to, że każdy z nas ma w swojej rodzinie wartościowych, cudownych ludzi i że warto o nich pamiętać.....wtedy jak żyją. Nasze niedzielne spotkanie dało nam kopa energetycznego do tego, żeby nawiązać zaniedbane niestety kontakty z naszymi rodzinami - głownie tymi dalszymi...kilometrowo. I jeszcze jedno: PRECZ Z SMSowymi ŻYCZENIAMI na Świeta!!!!, precz z EMAILOWYMI życzeniami na święta !!!!Przesyłanie życzeń do bliskich nam osób tą droga jest uwłaczające - nawet nam samym, nie mówiąc już o adresatach, bo nie wierzę w to, że nie stać nas jako LUDZI na nic więcej jak tylko na "WYŚLIJ DO WSZYSTKICH". Już w zeszłym roku wysyłaliśmy karty pocztowe do rodziny i przyjaciół - nie zdążyliśmy jednak wysłać do wszystkich. W tym roku chcę karty zrobić sama i dużo wcześniej, i mam nadzieję , że będą dla naszych bliskich miła niespodzianką/
Ale - wracajac już - ( zauwazyliscie jak często zdarza mi się w postowaniu wtrącnąć jakieś tematyczne aluzyjki:):) ????- do klamerkowego tematu, oto nasz rodzinny kącik:







W piątek także WRESZCIE pomalowałam i zamontowałam dużą ramę , która już 2gi rok czekała na swoje miejsce w naszym domu. Ramę najpierw zawoskowałam, potem pobieliłam, do kompletu tą samą metodą pomalowałam stary wieszak drewniany, na którym wiszą już woreczkowe suszone zapasy - i zrobił sie taki oto kąt. Planowo w ramie zawiśnie zdjęcie lawendy wykonane o świcie....a na razie sama zainteresowana w postaci bukietów zawisła sobie ot tak:). Zwracam uwagę pszeszanownych:) oglądających na krzesełko Leosiowe. TAAAAAK, Leoś przesiadł się z krzesełka bobasowego na krzesło doroślaka:)...nooooo...prawie doroślaka:) I znów - od tematów rodzinnych nie ucieknę, bo krzesło to ma bagatelka 40 lat:):) i sam Leosiowy tatuś i tatusia siostra czyli teraz ciocia, kiedyś z niego korzystali:) Paweł z anielską cierpliwością, ( którą to mam nadzieję przekaże w genach synowi, bo na mnie nie można tej materii liczyć :), szlifował krzesło kilka godzin, a potem następne kilka je woskował.....Ale efekt, jak dla mnie, jest bardzo zadowalający:)



Nie może zabraknąć w dzisiejszym poście LEO - jak na razie ostatniego ( ale mamy nadzieję, że nie na długo:) genetycznego ogniwa naszych rodów:) Czyli - od Leonka dla wszystkich - z nowego tronu - A KUKU :):)!!


I tak jak już wcześniej w komentarzach obiecałam, potwierdzam jeszcze raz - postaram się jakoś za niedługo zamieścić post JAK TO SIĘ ROBI z wiankami mchowo wrzosowymi.
Pozdrowienia jesienne ślę - Wasza zauroczona stryjem:) i rodzinnie pozytywnie naładowana :) ZIELONA CZÓŁNOWA :):)

czwartek, 24 września 2009

FERRARI w lesie i KTO nas OCHRANIA???:)

Ja jednak, jak widać powyżej, kocham wrzesień:):)...Ale od początku. Rano przyszła do nas JESIENiowa i mówi - a chodźże dziewczyno na spacer, bierz małego, szykuj mu furę i pójdźmy do lasu. Taki piękny dzień!!!!, że grzech w domu siedzieć....Spojrzałam przez tarasowe drzwi:

No rzeczywiście, słońce posmyrało po twarzy, wiaterek pogilał w szyjkę - IDZIEMY:):) I poszliśmy:) Jako że chwilowo CZOŁG prezesa jest nieczynny (nieczynność występuje w postaci przebitych na amen opon), musieliśmy zapakować Leosia do jego FERRERI :) czyli środka lokomocji wersji miejskiej....Pojechaliśmy sobie hen przed siebie, ja, Leoś no i JESIENiowa ma sie rozumieć. I zupełnie nie rozumiem, czemu ja durna nie posłuchałam intuicji i wjechałam tym wózeczkiem w sam środek lasu...bo wjechać jeszcze dałam radę - zaparłam sie i dałam....ale wyjechać???!!!!!!! Kółka zakopane w mchu..... Matko z córką - myślę sobie, no ugrzęzłam w tym borze, jeszcze syna się nie doradzę nic w sprawach technicznych (roczniak, że roczniak, ale to jednak zawsze facet), bo syn sobie akurat zasnął......Już miałam z paniki uronić łzy histerią podszyte, ale JESIENiowa nerwy miała ze stali i w te słowa mnie do pionu ustawia: AJ TAM, dziewczyno, zluzuj sie trochę, w cudnym lesie jesteś, pogoda jak marzenie, syn śpi, no czyż może być piękniej? A jeśli sił nie masz na pchanie wózka - to poczekaj, zaraz ja Cię na duchu podniosę... no niech tylko spojrzę, zaraz, zaraz... pamiętam , że ostatnio właśnie tu widziałam....O SĄ!!!!!!!!!!!!....Panowie BORowiki!!!!!!:):):) Patrzę i ja - no rzeczywiście, chłopy jak dęby przysłowiowe, tak wielkich jeszcze nie widziałam jak żyję!!!! Noooooo....z taką ochroną to w lesie nic mnie nie ruszy:):) Pełna wigoru JAK nie pociągnęłam ferrari, JAK nie poszłam do przodu - niczym burza!!!! :):) I wróciłam w asyście BORowikowej do chałupy, po drodze jeszcze zbierając kupę "smiecia uroczego" - czyli wszelakich suchelców, mchów, dzikiej róży i takich innych tam koleżków:):):) A gdy wjechaliśmy wreszcie na działkę, to miejski środek lokomocji wraz z właścicielem wyglądał tak:

Długo jednak sie nie nawyglądał, bo po małej chwilce Leoś się obudził, od razu zauważając Panów BORowików, co to nas całą drogę ochraniali....:):) Spodobali mu sie bez dwóch zdań:)

A dużo ich było!!!......oj na brak "ochrony" to nie mogłam dziś narzekać:)


Wałek najpierw patrzył z podejrzliwością na "przywleczonych" przez nas gości, a potem legł w dzikiej róży z rozkoszną minką- że to niby go plecki swędziały i kolców różanych drapanie nie ma sobie równych...Ale ja tam i tak swoje wiem, że Wałek jest po prostu estetą i chłop, że chłop, ale czasami musi tez pofisiować sobie z ozdóbkami:):):)

Ja tez pofisiowałam. Natchniona wczoraj przez Elizę z UTKANE Z MARZEŃ, ze swoich naściąganych śmieci porobiłam ozdoby takowe: Wianek na drzwi do mojej pracowinki ( nie nazwę tego pracownią, bo pokoik jest tak mały, jak pesteczka od porzeczki:)

WIANEK SERCE jest dość duży, robiony na bazie gałęzi brzozowych; za wypełniacz posłużył mech i gałązki żarnowca, wykorzystałam tez suchelce wszelakie, gałązki dzikiej róży z owocami. Kolorystyka zielona z elementami czerwieni,
OTO EFEKT:




Drugi z wianków, KOMINKOWY, jest po 1. większy , a po 2. w zdecydowanie lżejszej formie jak i kolorystyce. Witki brzozowe znów się przydały, a gałązki wrzosów trafiły nad kominkową belkę:)

WIANEK KOMINKOWY robiony również na bazie gałęzi brzozowych; za wypełniacz posłużyły suszki białe, gałązki berberysu, wrzosu,mrozu, kwiaty rozchodnika i gałązki żarnowca.
Kolorystyka blady róż z elementami bieli i fioletu"lila":),

OTO EFEKT:



A jeśliby ktoś z Was moi mili się zaciekawił czasem, co tam mi wisi przy tym kominku w woreczkach:):) , to odpowiadam nie pytana:)

Grzybki suszone wiszą:)


I owoce suszone wiszą, na tym zdjęciu akurat gruszki:)

A Panowie BORowikowie też już wiszą na linkach - obok woreczków:)

I co....?....Fajnie mieć taką JESIENiową za sąsiadkę...., prawda?:):):):)

wtorek, 22 września 2009

JEŚLI chcesz być SZCZĘŚLIWYM człowiekiem...

Żyj w zgodzie z przyrodą - korzystaj z jej siły i piękna.



Nie pracuj tyle....ODPOCZYWAJ jak tylko możesz najczęściej -
zasługujesz na to:)



Śpij ......dużo i spokojnie....:)



Wierz w swój talent i swoje możliwości,
mierz wysoko ale bez motyki na słońce:).



Małe i niepozorne tez jest piękne....pamiętaj o tym.


Kup sobie FERRARI, choćby miało być polonezem:):)
Nie ma to jak pogmerać przy własnym aucie:)...albo wydziergać sweterek, słowem FAJNIE MIEĆ HOBBY:)



Dbaj o swych Przyjaciół.



ŁAP WIATR W ŻAGLE!!!!
Czasami po prostu trzeba sie przebiec i przewietrzyć myśli:):):)



Podążaj swoją drogą, i uwierz, że jest to TA właściwa...i na wskroś TWOJA.

A tak w ogóle....złap do siebie samego dystans:):):) I porób głupie miny:) TERAZ!!!!!:)

Miałam dziś TYLE zrobić, miałam zbudować suszarnię na grzyby, pomalować kosz, skończyć wreszcie powidła.....Leoś miał jednak inne plany względem dzisiejszego czasu:) Zabrał mnie na dwór i pokazał wyrażnie co jest WAŻNE.......I wiecie co????......a co mi tam suszarnia:)!!! Przekazuję zatem tajemną wiedzę o szczęśliwości - od małego człowieczka dla WAS:):)
Specjalne pozdrowienia machamy dla Asi, którą dziś telefonicznie poznałam:):):), dla Jagódki, z którą tak twórczo popaplałam o milionie ważnych i mniej ważnych sprawach i dla Ignasia - już On wie dlaczego:):):)






piątek, 18 września 2009

SINGERY się panoszą :) a WRZOSY w roli głownej













Ostatni post wywołał lawinę maili na moją skrzynkę. Chciałabym Wam za nie bardzo podziękować - i za tak ogromne zaufanie którym zostałam obdarzona...Bardzo mocno za Wszystkich Was trzymam kciuki!!!!

***
Dziś chcę wprowadzić w klimat blogowych jesiennych dni trochę słońca i optymizmu:) Dlatego poskrobię z radością o mojej romantyczno nieuleczalnej miłostce:) O SINGERACH....Ot maszyny zwykłe do szycia powiedziałby ktoś, ot graty stare.....O nie, nie.....kochani.....Ja posądzam je o rozprowadzanie MAGI!!!!najprawdziwszej!!!:):) Bo czyż nie jest tak, że gdziekolwiek się nie pojawią, wprowadzają swoja obecnością otoczkę czysto baśniową....???? Czyż nie jest tak, że obok tej maszyny NIE DA SIĘ przejść obojętnie?? Musisz zerknąć choćby..... Nie wiem jak Wy - ale ja nie potrafię być odporna na ich piękno. Dlatego też zapewne mamy w domu 4 singery, a 5ta jest w drodze:) Dwie z moich maszyn to pamiątki po kochanych babciach. Kolejną kupił mi brat w antykwariacie maleńkim w Walii, następne 2 wyszperałam sama........Jeśli ktokolwiek z Was zastanawia się czy to koniec kolekcji - od razu odpowiadam, że na pewno NIE :):) Co prawda mój mąż z lekkim zaniepokojeniem zawsze zadaje to samo pytanie: A GDZIE TO BĘDZIE STAŁO??????, ale jest na tyle kochany, że w końcu jakoś tak razem owo miejsce znajdujemy dla nowego lokatora. Singery maja to do siebie , że jak już Ci wlezą w domowe kąty to się panoszą bez żenady żadnej:) Stoją dumne ( bo i maja powody do dumy - w końcu od bagatela 1850 roku raczą nas swym pięknem), i w cokolwiek nie zostaną przyobleczone - z godnością arystokratyczną znoszą nowa rolę......stolik kawowy - PROSZĘ, stolik pod telefon PROSZĘ, szafka pod umywalkę łazienkową - CZEMU NIE, legowisko kocie - NO JAK TRZEBA.....maszyna do szycia - TAAAAAK:):):) one jeszcze nadal szyją!!!!!!!
Do mojej zorganizowanej grupy SINGERÓWEK doszła ostatnio maszyna w spadku od babci Stasi. Jest do odrestaurowania - i głowica i nogi. Myślę, że raczej wiosną się za nią wezmę. Chciałabym poświecić jej wystarczająco dużo uwagi, bo na to po prostu zasługuje, a potrzebuję do tego ładnej pogody, spokoju i czasu.....czyli wszystkiego, na co teraz mam ostry deficyt. Jednak tak żal mi było trzymać ją w ukryciu - że postanowiłam choć na chwilę pokazać ją światu - przynajmniej temu naszemu wiejskiemu:) Głowicę schowałam przed czynnikami zewnętrznymi do swojej pracowni, ale dół posłużył za jesienny dekoracyjny kwietnik tarasowy. I powiem szczerze, że jak na nią patrzę.....to słyszę bardzo wyraźnie swój dziecinny szczęśliwy śmiech, widzę dobrotliwy uśmiech babci, czuję jak głaszcze mnie po głowie, czuję smak zrobionej przez nią porannej kanapki i smak zsiadłego mleka pitego do młodych kartofelków......Rozczula mnie widok TEJ maszyny u mnie w domu......Maszyna od drugiej babci - Zosi, to ta, na którą czekam......i wiem po prostu, że przywiezie ze sobą przepiękny babciny śpiew o zielonym jaworze( piosenkę tę nucę często pod nosem odkąd mieszkam na wsi:), przywiezie podpłomyki , które z taką ochota sama kładłam na kuchenkę, smak czereśni, wiśni i morelek z sadu, audycje Matusiaków, i babcine utulenie na dobranoc - z butelką gorącej wody w stopach...... I kiedy i ta maszyna wreszcie do mnie dotrze, będę miała we własnym domu - i jako dorosła już kobieta - komplet najprawdziwszego szczęścia zaczerpnięty prosto z cudownych(dzięki moim najukochańszym babciom) dziecinnych dni. A z TAKIM kompletem szczęścia za pazuchą...to ileż człowiek dopiero może przekazać radości i miłości własnym dzieciom,.... prawda???????
Ze wspominkowymi pozdrowieniami, z garścią śmiechu zaczerpniętego z przeszłości, z nuconym zielonym jaworem, stukotem singerowskiego rytmu i zapachem domowych powideł - CZARUJĄCEGO weekendu wszystkim życzę:)